O sytuacji na Dolnym Śląsku, związanej z epidemią koronawirusa, rozmawiamy z doktorem Jackiem Klakočarem, dyrektorem Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu.

Jak obecnie wygląda sytuacja epidemiologiczna dotycząca koronawirusa na Dolnym Śląsku?

Dr n. med Jacek Klakočar, Dolnośląski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny we Wrocławiu: Liczba dodatnich prób, czyli zakażonych pacjentów rośnie. Nie jest to bardzo dynamiczny wzrost, natomiast jest tych zakażeń więcej i spodziewamy się, że ta liczba będzie rosła nadal.

W momencie, w którym rozmawiamy, na Dolnym Śląsku jest 11 potwierdzonych przypadków koronawirusa. A ile – zgodnie z pana szacunkami – może być przypadków, które nie zostały jeszcze potwierdzone?

Tego nie wiemy i trudno na ten temat dyskutować, ale liczba próbek do badania w sposób istotny wzrasta, z kilkunastu do obecnie około 100 próbek w ciągu doby. 

Rośnie też liczba osób, które zgłaszają się z objawami?

Oczywiście. Z jednej strony to osoby, które nie do końca powinny się zgłosić, czyli nie miały kontaktu z nikim zakażonym, ale zgłaszają się, bo są zaniepokojone. Z drugiej strony, są osoby przekierowywane z infolinii lub z POZ-ów (placówek Podstawowej Opieki Zdrowotnej – przyp. red.). Te osoby są badane we Wrocławiu przy ulicy Koszarowej, w Bolesławcu czy Wałbrzychu – tam, gdzie znajdują się izby przyjęć w poradniach zakaźnych.

Mówi pan, że niektórzy zgłaszają się, choć nie powinni się zgłaszać. To co by pan doradził takim osobom, które nie miały kontaktu z kimś zakażonym, ale gorzej się czują?

To zależy, jak bardzo źle się czują. Jeżeli to zwykłe przeziębienie, lepiej zostać w domu, wyleżeć tę chorobę. W momencie, kiedy mamy duszność, wysoką gorączkę lub inne towarzyszące objawy, jak biegunka, wymioty czy wysypka, to wtedy należy już skorzystać z konsultacji lekarskiej.

Natomiast zdecydowaną większość infekcji wirusowych, czyli katar, niewielki kaszel, zapalenie spojówek, można wyleżeć i wspomagać się domowymi środkami, a niekoniecznie od razu szukać pomocy lekarskiej. Bo w tej chwili trzeba spodziewać się, że w poradniach będzie tłok i większe narażenie na zakażenie aniżeli w domu.

A jeśli ktoś ma podejrzenia, że jest zakażony koronawirusem i zdecyduje się zgłosić, to nie powinien iść na SOR czy do przychodni, tylko bezpośrednio np. do szpitala przy ulicy Koszarowej.

Dokładnie. Tam, gdzie jest udowodniony kontakt z osobą zakażoną koronawirusem, należy bardzo szybko udać się do poradni zakaźnej. Takie są zasady, które mają uchronić innych przed zakażeniem. 

Lepiej najpierw zadzwonić na infolinię czy od razu jechać na Koszarową?

Jeżeli ktoś jest pewny, że ten kontakt był, to nie ma sensu dzwonić, bo na infolinii usłyszy, żeby jechać na Koszarową. 

To był dobry moment na wprowadzenie przez rząd stanu epidemicznego i w konsekwencji licznych zakazów i ograniczeń? Nie zdecydowano się na to ani za wcześnie, ani za późno?

Bardzo mi trudno to oceniać, bo wiem, że różne kraje różnie postępują. Jedne podchodzą do tematu w sposób trochę lekceważący, Polska z kolei podchodzi bardzo poważnie, bo spodziewamy się dużego, być może nagłego, wzrostu liczby zachorowań i pacjentów, którzy pojawią się w wyznaczonych miejscach. Głównym problemem jest bowiem nie tylko „czy”, ale „jak” zachorujemy.

„Jak”, czyli jak wiele będzie ciężkich postaci COVID-19. Takich, które przebiegają głównie z niewydolnością oddechową. Mamy już co prawda przypadki śmiertelne, ale byli to tzw. pacjenci wysokiego ryzyka, z innymi chorobami, które narażały te osoby na infekcję nie tylko koronawirusem, ale też na inne wirusy. Tak się zdarza w medycynie, że osoby z grup ryzyk umierają w wyniku powikłań. Grypa też doprowadza niestety każdego roku do pewnej liczb zgonów.

Ile ta sytuacja w Polsce może potrwać? To kwestia dwóch tygodni, czy raczej dwóch miesięcy, zanim uporamy się z koronawirusem?

To bardzo trudne pytanie, na które nikt w tej chwili nie odpowie. Oczywiście chciałbym, by trwało to jak najkrócej, sytuacja jest niezmiernie dynamiczna. W tej chwili zbliżamy się do okresu, w którym spodziewamy się nagłego wzrostu zachorowań. Na niemalże matematyczny przebieg tej epidemii nakłada się duży niepokój społeczny. Nasze zachowania są podszyte strachem, ale nie ma co się temu dziwić.

A czy sprzymierzeńcem w walce z koronawirusem może być pogoda? Im będzie cieplej, tym szybciej sobie z nim poradzimy?

Z reguły wirusy nie lubią ciepłego i suchego powietrza. W sposób naturalny infekcje wirusowe wyciszają się w momencie, kiedy jest cieplej. Tak co roku jest w przypadku wirusa grypy, który ma swoje nasilenie od stycznia do marca, a od marca do grudnia co prawda nadal krąży, ale nie wywołuje tylu chorób. Wprawdzie koronawirus jest bardziej ciepłolubny, ale jemu pewnie również suchość, ciepłość i ogólnie lepszy stan zdrowia społeczeństwa nie służy w szerzeniu infekcji.

Foto główne: Dolnośląski Urząd Wojewódzki