Rozmowa z Mikołajem Rybackim z zespołu Percival, mającym na swoim koncie m.in. muzykę do gry „Wiedźmin 3 – Dziki Gon”.
Kamil Piotrowski: Jak to się stało, że zespół folkowy znalazł się na okładce pisma zdecydowanie nie muzycznego, czyli „Nowej Fantastyki”?
Mikołaj Rybacki: Przyznam się, że do końca nie pamiętam (śmiech). To było przy okazji wywiadu dotyczącego naszych nagrań do gry „Wiedźmin 3 – Dziki Gon” i związanych z tym koncertów z projektem „Wild Hunt Live”.
K.P.: Percival nie jest jedynym zespołem folkowym z Polski, który nagrywał muzykę do gry „Wiedźmin”. O ile pamiętam, swoje epizody miały też grupy Duan i Beltaine, ale głośno stało się o waszej muzyce. Co zadziałało?
M.R.: Po pierwsze, różnica była chyba taka, że przy częściach 1 i 2 muzyka tych oraz innych zespołów (jak np. Vader) była wykorzystana tylko do celów reklamowych. My i znany też fanom Żywiołak, którego muzykę również znajdziecie w „Wiedźminie”, użyczyliśmy naszych utworów już do ilustracji akcji w samej grze. Dlatego naszej muzyki w grze jest dużo i jest charakterystyczna, bo nagrana na dość nietypowych instrumentach. Jeden z nich, zrobiony przeze mnie, jest nawet unikatem na skalę światową (śmiech!). A dwa, że te utwory, z których część to nasze kompozycje, jakoś przypadły do gustu graczom i fanom „Wiedźmina”, czego przykładem jest ludowa pieśń bułgarska, która już chyba na zawsze będzie łączona z „Wiedźminem”. Nie wiem, co na to sami Bułgarzy…
K.P.: Jak zaczęła się wasza współpraca z CD Projekt RED?
M.R.: Zdziwisz się, ale bardzo prosto. Gdzieś na przełomie 2012/2013 roku napisali do nas mejla z zapytaniem, czy byśmy chcieli (śmiech). Potem nastąpił szereg ustaleń, przygotowań, spotkań… Ale, jak się później okazało, mogliśmy w tym projekcie wziąć udział o wiele wcześniej.
K.P.: Zaintrygowałeś mnie…
M.R.: Otóż gdy już byliśmy po słowie, w trakcie przeglądania korespondencji mejlowej natrafiłem na mejla z CD Projekt jeszcze z czasów przygotowań do wydania pierwszej części gry, w którym zapraszali nas do współpracy. Tylko ja tego mejla przeoczyłem…
K.P.: Żartujesz?!
M.R.: Nie, naprawdę (śmiech). Mogliśmy z naszą muzyką zaistnieć już w części pierwszej gry „Wiedźmin”. Z perspektywy czasu myślę, że nie ma czego żałować: po prostu tak miało być. Poza tym lepiej być w trójce niż w jedynce (śmiech).
K.P.: Jak przygotowywaliście się do tego wyzwania? Czy mieliście jakiś pomysł na muzykę do gry?
M.R.: Nie, gdyż na początku była rozmowa tylko o wykorzystaniu tego, co już mieliśmy do tej pory nagrane na czterech naszych płytach. Dopiero potem Marcin Przybyłowicz (dyrektor muzyczny CD Projekt – przyp. red.) wpadł na pomysł, byśmy jeszcze coś dograli. Okazało się to na tyle fajne, że w sumie nagraliśmy materiału co najmniej na kolejne cztery płyty.
K.P.: Czy ten dogrywany materiał to były już wasze kompozycje, czy dalej inspirowaliście się muzyką ludową?
M.R.: To były takie nasze improwizacje na temat. Mieliśmy bardzo komfortowe warunki do pracy – zawsze to podkreślam we wszystkich wywiadach – które dawały nam dużą swobodę. Marcin zamykał nas w studio i mówił tylko: „Zagrajcie coś smutnego w wolnym tempie, później ten sam motyw, tylko w tempie szybszym, albo coś wesołego”. No to siedzieliśmy sobie i graliśmy godzinami różne rzeczy, które on potem musiał wyedytować, pociąć. Efekt jest taki, że po obróbce nie jestem w stanie rozpoznać motywów, które sam nagrałem (śmiech).
K.P.: Ile godzin spędziliście w studiu?
M.R.: Pierwsza sesja w studiu CD Projekt trwała tydzień. Potem było jeszcze kilka sesji, takich trzydniowych, w różnych studiach.

K.P.: Jak odczuliście tę zmianę jakości pracy? Czy to był dla was swego rodzaju szok, czy raczej miłe doświadczenie, pełne wyzwań?
M.R.: Z jednej strony wykonaliśmy ogromny skok: od nagrań w moim pokoju do pracy na najlepszym, najdroższym, najnowocześniejszym sprzęcie, który np. przypłynął z Hollywood – nagrywaliśmy m.in. w studiu „Sound & More” w Warszawie, gdzie była konsoleta, na której miksowano muzyka do „Gladiatora”. I to słychać w jakości dźwięku. Z drugiej strony te wizyty i nagrania pokazały nam, że np. charakter, unikalna specyfika brzmienia w instrumencie, który zbudowałem, jest już w nim samym i w tym, jak Kasia na nim gra. Nie ma znaczenia, czy był nagrywany u mnie w domu, czy w najdroższym studiu – ten jego pazur ciągle jest słyszalny i na koncertach, i w grze „Wiedźmin 3”. Oczywiście, jakość nagrania jest na zupełnie innym poziomie, ale charakter brzmienia ciągle pozostaje ten sam. Zatem gdyby nie umiejętności i doświadczenie muzyka, najlepsza konsoleta sama z siebie muzyki nie zrobi. I to jest bardzo ważne zwłaszcza dla początkujących muzyków, że jeśli na początku nie zadbają o technikę gry, nie poznają własnego instrumentu, nie posiądą tej podstawowej wiedzy o muzyce, jaką grają, to nawet najlepszy sprzęt niewiele już zmieni.
K.P.: Wyobraźnia podpowiada mi, że teraz to się zacznie. Sława, trasy, koncerty, instrumenty za tysiące dolarów, najdroższe studia nagraniowe…
M.R.: Też tak kiedyś myślałem, że wystarczy jeden dobry projekt i samo się już dalej potoczy, ale świat tak nie działa. Może, w wyjątkowych przypadkach, komuś taka kariera się uda. W Percivalu zakładaliśmy od początku powolny, ale konsekwentny rozwój, żadnej drogi na skróty. I gdy pojawiła się gra „Wiedźmin 3 – Dziki Gon”, to my już zaczęliśmy zbierać owoce naszej dziesięcioletniej działalności. Pojawiły się płyty, już nie nagrywane w domu, graliśmy dłuższe trasy koncertowe, rosła liczba fanów – tych w internecie, ale przede wszystkim na koncertach. Wcześniej nie było nic. Graliśmy kilka koncertów w roku na imprezach historycznych, nierzadko w deszczu. W momencie pojawienia się gry zapełnialiśmy już spore sale, więc tak do końca trudno nam jest ocenić, na ile współpraca z CD Projekt popchnęła nasze działania do przodu. Efekt jest, nie ma wątpliwości, bo aby dotrzeć do tylu fanów za granicą, musielibyśmy jeszcze sporo popracować. Dzięki „Wiedźminowi” Percival zaistniał dosłownie na krańcach świata (śmiech).
K.P.: Muszę przyznać, że tę waszą pracę u podstaw zawsze było widać. Od początku byliście bardzo aktywni w mediach społecznościowych. Mało kto na scenie etno-folkowej o to wtedy dbał…
M.R.: Nawet myślałem o tym ostatnio. Mimo że w tym roku obchodzimy już dwudziestolecie istnienia, jesteśmy bardzo nowoczesnym zespołem. Powstaliśmy niemal równocześnie z upowszechnieniem się internetu i od początku czuliśmy, że to jest przyszłość, staraliśmy się wykorzystywać jego potencjał. Jesteśmy takim zespołem nowej ery. I to zadziałało, bo dziś widać, że przemysł muzyczny ostro wkroczył w nowe media, a symptomy tego były widoczne już w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Od początku naszej działalności publikowaliśmy w internecie, gromadziliśmy tam fanów, i to jest nasze główne medium, co przełożyło się na to, że „tradycyjny” rynek muzyczny – wytwórnie, agencje – nie do końca nas lubił.
K.P.: Dlaczego? Jesteście trudnym zespołem?
M.R.: To związane jest właśnie z wykorzystaniem internetu i z bezpośrednim kontaktem ze słuchaczem. Jesteśmy my i nasza muzyka, i są ludzie, którzy tej muzyki chcą słuchać. Moglibyśmy się od razu dogadać, ale zawsze jest jakiś „pośrednik” – menedżer, organizator, wydawca, dziennikarz – który nam w tym przeszkadza. Mówi im, czego mają słuchać, bo on wie lepiej, czego oni potrzebują, a nam mówi z kolei, co mamy grać, bo też wie lepiej, czego potrzebują fani. To nigdy u nas tak nie działało i nie zadziała, stąd każda współpraca z nami, która chce się oprzeć na tym starym modelu, skazana jest na porażkę.
K.P.: Dziennikarze, zwłaszcza ci muzyczni, też w tym kontakcie z fanami wam przeszkadzają?
M.R.: Od dawna i niezmiernie dziwi mnie ta wiara dziennikarzy w to, że doskonale wiedzą, czego ludzie chcą słuchać. W tym świecie ludzie sami sobie mogą znaleźć to, czego chcą słuchać. Nie potrzebują do tego dziennikarzy, zwłaszcza takich, którzy są na pewne rzeczy zamknięci czy w swej ocenie nieobiektywni.
K.P.: Obserwując was od dawna, muszę powiedzieć, że nie tylko macie kontakt z fanami w internecie, ale przede wszystkim ten kontakt, albo raczej brak barier, widoczny jest podczas koncertów. Nie każdy zespół potrafi stworzyć z fanami taką więź, jak wy…
M.R.: Są dwa modele muzykowania. Pierwszy, gdzie muzyk na scenie zajmuje się swoją muzyką – publiczności jakby nie ma, odcina się od niej, bo skupia się na graniu, zamyka się w swoim świecie. Taki model nam nie odpowiada, bo cytując jednego z bohaterów sztuk Bogusława Shaeffera, w muzyce najważniejsze jest to, bez czego ona w ogóle mogłaby się obejść – nie dźwięki, nie wirtuozeria gry, ale przekaz. Podpisuję się pod tym obiema rękami, bo wielu muzyków, nawet uznanych, nie potrafi tego przekazu stworzyć, nie potrafi przekazać emocji. A przecież gdy idę na spektakl, na koncert, płacę pieniądze, żeby czegoś doświadczyć, coś przeżyć. Nie chcę oglądać stojących na scenie muzyków patrzących w gryfy, w klawisze i odgrywających muzykę. Chcę przekazu. I my na scenie staramy się taki przekaz tworzyć, reagować, nie tylko muzykować, ale grać, wzbudzać i uwalniać emocje – nasze i widzów. Będąc na scenie, trzeba niejako wziąć za to odpowiedzialność. Nie można gwiazdorzyć, ale nie można być niepewnym tego, co chce się przekazać. Dla nas koncert to też forma spektaklu, gdzie musimy się wcielić w różne role. Nie jest to łatwe, ale wiemy, że jest to ważne, dlatego uczymy się tego cały czas. Chyba się udaje, bo ludzi na koncertach jest coraz więcej.
K.P.: W waszym nowym projekcie, jakim jest spektakl „Wild Hunt Live”, łączycie wiele elementów: muzykę, wizualizację, taniec, aktorstwo. Opowiedz, skąd pomysł na taki projekt.
M.R.: Od początku byłem świadom tego, że gdy ukaże się trzecia część gry „Wiedźmin”, będziemy – albo i nie – mieli swoje pięć minut. Ale co potem? Co stanie się z naszą muzyką, gdy pojawią się kolejne części albo projekt w ogóle zostanie zarzucony? Ludzie zapomną o grze i o naszej muzyce. A ta muzyka, co wiem z mejli, jest dla nich ciekawa i chcą słuchać jej także na żywo. A że jestem fanem spektakli, które łączą muzykę, światło i obraz, jak np. produkcje Cirque du Soleil, od początku wiedziałem, że my też mamy szansę coś takiego stworzyć. Połączyliśmy więc muzykę, historię z gry, wizualizacje w jedno i stworzyliśmy podobny spektakl.

K.P.: Co was zaskoczyło po pierwszych koncertach?
M.R.: Frekwencja. Nie spodziewaliśmy się takiego zainteresowania.
K.P.: Jakie są zatem dalsze plany związane z „Wild Hunt Live”?
M.R.: Cały czas go zmieniamy, pracujemy nad nim. Dodajemy nowe elementy. Dużo nam tu pomaga partner w projekcie, czyli członkowie Teatru Avatar. Za wizualizacje odpowiada Marcin Somerlik, ale pomysł, projekt, koncepcja to oczywiście nasze autorskie dzieło – moje i Kasi. Jesienią odbędzie się kolejna trasa, która przebiegać będzie m.in. przez Wrocław. Już dziś na ten koncert serdecznie zapraszam – spotykamy się 12 października w A2.
K.P.: Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia we Wrocławiu.
Rozmawiał Kamil Piotrowski
Fot. 1 Marcin Somerlik

