Z jedną z czołowych aktorek Teatru Muzycznego Capitol, której głos często porównywany jest do talentu takich ikon, jak Aretha Franklin, rozmawiamy o życiu we Wrocławiu, pracy w teatrze, a także o tym, jak odbiera wielokulturowe miasto i sztukę, w której kobiety mają coraz więcej do powiedzenia.

Jacek Hamkało: Nie jest Pani wrocławianką z urodzenia. Jak to się stało, że wybrała Pani właśnie Wrocław?

Emose Uhunmwangho: Gdy byłam jeszcze na studiach, dowiedziałam się o przesłuchaniach do spektaklu „Hair” w Teatrze Muzycznym Capitol i przyjechałam na casting, po którym zostałam przyjęta. Dostałam rolę Dionne, zakochałam się w tym mieście, a poza tym poznałam tu mojego męża, założyłam rodzinę i zostałam. Poznałam tu też przyjaciół. Jest wyjątkowo.

J.H.: A co takiego wyjątkowego jest we Wrocławiu?

E.U.: We Wrocławiu są wyjątkowi ludzie, bardzo otwarci. Tu się bardzo dużo dzieje: jest dużo teatrów, spotkań, festiwali. Nie sposób jest się nudzić. Co prawda, o ironio losu, przez to, że pracuję w teatrze, nieczęsto mam okazję chodzić na te wszystkie wydarzenia, ale sama atmosfera jest wspaniała. Poza tym jest tu dużo różnych kultur. To wyjątkowe miasto.

J.H.: Same superlatywy. A czuje się tu Pani jak u siebie? Nie ma rzeczy, które się nie podobają?

E.U.: Na pewno czuję się tu bardziej u siebie niż w mieście, w którym się urodziłam. Którego za bardzo nie lubię. Mam różne wspomnienia, bo to małe miasto, gdzie inność zawsze była postrzegana jako coś dziwacznego. Ludzie są tylko ludźmi i reagowali na różne sposoby. Skrajnie różne. Tutaj nie ma takich sytuacji: czasami się zdarzają, ale to rzadkość. Wrocław jest dużym miastem i spotyka się tu wielu ludzi. Chodzi się w wiele miejsc. Ludzie mają po prostu bardziej otwarte głowy.

J.H.: A oprócz pubów pod nasypem, zaraz przy teatrze, ma Pani inne ulubione miejsca?

E.U.: Rzeczywiście, to jest jedno z głównych miejsc, bo nie mam czasu chodzić za daleko. Ostatnio byłam w parku Południowym, bardzo lubię to miejsce.

J.H.: Capitol też jest wyjątkowym miejscem we Wrocławiu. Panuje tu szczególna atmosfera. Na czym ona polega?

E.U.: Myślę, że głównie na tym, iż po prostu bardzo się lubimy, i dotyczy to nie tylko nas, aktorów, ale wszystkich pracowników teatru. W Capitolu panuje domowa atmosfera, lubimy ze sobą spędzać czas – łącznie z paniami bileterkami albo panami ochroniarzami, którzy nas tu przed chwilą wpuścili. To dzięki temu, że jest taki, a nie inny dyrektor całości, tworzymy rodzinę.

smacap_Bright

J.H.: Tworzycie też ambitne realizacje, jak na przykład te reżyserowane przez Agatę Dudę-Gracz, które nie należą do najłatwiejszych w odbiorze. To nie jest repertuar do szybkiego skonsumowania.

E.U.: To prawda, nie jest. Na szczęście! Wspaniałe jest to, że to nie jest taki typowy teatr muzyczny, tylko teatr poszukujący, w którym bardzo ważną rolę odgrywa muzyka, która – moim zdaniem – jest integralną częścią odczuwania, postrzegania świata teatralnego, a tutaj właśnie spektakle ewoluują. Super jest to, że są zapraszani reżyserzy, którzy nie są typowymi reżyserami musicalowymi.

J.H.: Podczas „Nut ferment” powiedziała Pani, że nie wie, czy na pewno jest Pani aktorką. Kim się Pani czuje? Wokalistką? Performerką?

E.U.: Często zastanawiam się, jak to w ogóle nazwać. Może jestem „empatorem”? (śmiech). Myślę, że to mi się kojarzy z mocnymi emocjami i łączeniem ze sobą tych wszystkich wyzwań. Ciężko jest mi się zdefiniować w jakiś konkretny sposób. Zawsze też zastanawiam się, czy zasługuję na takie miano, bo jest to bardzo związane ze stresem i przemyśleniami o sobie samej. Czy to się dobrze robi? Znam wielu wspaniałych aktorów i nie wiem, czy mogę wpisać się w ten świat.

J.H.: A jeśli chodzi o wykształcenie wokalne i karierę muzyczną, to czy planuje Pani w końcu coś wydać?

E.U.: Chyba właśnie przychodzi na mnie czas. Zaczynam o tym myśleć coraz intensywniej, więc być może coś się pojawi.

J.H.: Jaki jest Pani ulubiony artysta, co Panią muzycznie inspiruje?

E.U.: Zawsze uwielbiałam Marię Callas, jej głos. Uważam, że jest w nim coś niesamowitego, jest jakby kilka głosów. Mam wrażenie, że Callas połknęła kilka osób. Dramatyzm tego głosu też jest przepiękny, oraz to, jak ona to wszystko opowiada. Podobno mówiła, że przede wszystkim jest aktorką, ale przy okazji jeszcze śpiewaczką. Tym bardziej że ona śpiewała wszystko, bo ją każda fabuła potrafiła oczarować. Jej głos, kiedy mówiła, był taki niski i ciepły. A potem śpiewała wysokie tony w taki równie ciepły, ale dramatyczny sposób.

J.H.: Którą z dotychczasowych ról ceni Pani najbardziej?

E.U.: To trudne pytanie, bo z każdą wiąże się bardzo dużo emocji i cały okres pracy jej poświęcony. Szczerze mówiąc, to chyba każda z ról jest dla mnie ważna. Kaliban-ona z „Po burzy” Szekspira jest piękna. Ale lubię też Karczmarkę, która jest prześmieszna. Pamiętam, jak graliśmy „Jerry Springer – The Opera” i kiedy grałam Shantal. Cezary Studniak był wtedy moim mężem. Śmiejemy się, że często jesteśmy małżeństwem (śmiech). Grałam jego żonę, tancerkę na rurze, która tak naprawdę nie tańczy na rurze. To też była fascynująca przygoda, więc jest mi ciężko wybrać. Teraz w „Wyzwoleniu: królowe” gram drag queen, a zawsze fascynowałam się kulturą drag queen. To dla mnie wręcz nobilitacja. Odwaga tych ludzi jest niebywała – chcą być sobą w dwustu procentach.

J.H.: Jakie ma Pani plany na najbliższy czas?

E.U.: Teraz będziemy przygotowywać dużą produkcję w Capitolu. To niespodzianka, więc nie mogę o tym mówić, ale niebawem ukażą się informacje na ten temat. W najbliższym czasie będę śpiewała wraz z Justyną Szafran w koncercie na festiwalu Malta w Poznaniu. Angażuję się też lokalnie, na przykład w koncerty charytatywne dla zoo czy inne inicjatywy muzyczne. Pracuję również z zespołem Konga Line – w tym roku wystąpimy na festiwalu Woodstock (obecnie nazywa się Pol’and’Rock Festival – przyp. red.), więc to będzie przygoda.

J.H.: Sukcesem był też Pani udział w tegorocznym nurcie OFF na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej.

E.U.: Tak, Szlama i Baśniowe Skrzypotrąby. Zdobyliśmy nagrodę publiczności, bardzo się z tego cieszymy. Na pewno będziemy kontynuowali ze Skrzypotrąbami dalsze wymysły i pomysły. To też jest wspaniała ekipa.

J.H.: Jak Wrocław i lokalny świat teatralny wyglądają z perspektywy kobiety? Spotkała się Pani z przykładami dyskryminacji, czy może wręcz przeciwnie?

E.U.: Nie spotkałam się z czymś takim, mamy tu dość otwarte spektakle. Pracowałam z niesamowitymi kobietami, bo i z Agatą Dudą-Gracz, i z Martyną Majewską. Miałam też zaszczyt pracować z Agnieszką Glińską, Karoliną Kirsz czy Aleksandrą Mazoń. Wielkim szczęściem było dla mnie spotkać je na swojej drodze. To są silne kobiety, które właśnie przesuwają granice. Są nie do zdarcia. Myślę, że nie ma dyskryminacji, ale bywają momenty, że ma się poczucie, że trzeba o siebie bardziej zawalczyć. Kobiety muszą bardziej zawalczyć, bardziej się starać. Momentami to kwestia tego, czy jest to wpisane w psychikę – czy już można przestać, czy należy kontynuować. To bardzo indywidualna kwestia.

J.H.: Świetne role i kobieca perspektywa reżyserska. Wygląda na to, że kobiety rządzą w sztuce.

E.U.: (Śmiech) Nie da się ukryć. Uważam, że kobiety są wspaniałe i wyjątkowe, więc to było tylko kwestią czasu, kiedy wszystko się wyrówna i dojdzie do momentu, kiedy będziemy wszyscy funkcjonować na takich samych prawach, bo niby dlaczego miałoby być inaczej?

Fot. Bartosz Ma

J.H.: Jak wyglądają kulisy pracy nad spektaklem? W jaki sposób dobierane są role? Jak wygląda wasza praca? Ile to trwa i na czym polega?

E.U.: Przeważnie wszystkie spektakle przygotowujemy przez trzy miesiące. Wtedy pracujemy od rana do wieczora. Są zarówno próby aktorskie, jak i muzyczne i choreograficzne. Są też przymiarki kostiumów. Kostiumy zawsze muszą zostać sprawdzone w praktyce, bo czasami okazuje się, że coś, co bardzo fajnie wygląda, potem nie do końca sprawdza się na scenie i to nie ze względów wizualnych, tylko technicznych. Albo tak jak w „Makbecie” mieliśmy próby, bo scenografię tworzy pochylnia. Ważne były buty, takie, żebyśmy się nie ślizgali po tej powierzchni. To dla mnie coś okropnego, tak się tego bałam, że zjadę z pochylni w całym tym entourage’u! Kurtyna. Hekate spadła. Po prostu jest niezdarną boginią, która nie potrafi wdrapać się do góry. To jest dopiero presja, żeby zachować majestat. Jest dużo elementów, które pomagają postaci, ale w kwestii technicznej to już całkiem inna sprawa. Oczywiście to też wspaniałe wyzwanie. Brak wyzwań też jest jakimś komunikatem. Gdy dostaje się takie wyzwanie, to trzeba zacisnąć ząbki i po prostu starać się jak najlepiej to wykonać, żeby nie zrujnować kolegom spektaklu na przykład swoim nieprzystosowaniem do wspinaczki górskiej.

J.H.: Przy wznowieniu spektaklu są kolejne próby. Na czym polegają?

E.U.: Są konieczne, trzeba rolę odświeżyć. Mamy teraz próby do „Liżę twoje serce” i wszystko powtarzamy parokrotnie. Staramy się, aby to szło sprawnie, a i tak w teatrze nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, i to jest piękne. Nawet jeżeli wszystko jest przepróbowane, to czasami zdarzają się rzeczy niesamowite. Próby też są po to, by chociaż w minimalnym stopniu zapewnić sobie bezpieczeństwo, że jednak jakoś to pójdzie.

J.H.: Czy jeszcze zdarza się Pani trema? Jak można sobie z nią radzić?

E.U.: Trema jest zawsze. To wpisane w poczucie, że jest energia i że chce się opowiedzieć coś jak najlepiej się potrafi. Wtedy pojawia się strach, że się nie uda. Oczywiście nad tremą się pracuje. To jest kwestia pracy nad sobą, szczególnie w teatrze. Żeby móc naprawdę opowiedzieć historię, żeby się nie bać. Żeby móc wykorzystać to, co się dostało, choćby w tych osiemdziesięciu procentach. Przecież stres związany z tremą bardzo dużo zabiera i często paraliżuje. Dla innych jest to bardzo pobudzające. Marzy mi się odnalezienie złotego środka.

Fot. 1.Bartosz Maz, projekt Maciej Kisiel