Dorota Masłowska wraca w wielkim stylu. W rapowanej powieści „Inni ludzie” diagnozuje Polskę i Polaków nadzwyczaj trafnie. Pisze w sposób przejaskrawiony, czyli tak jak potrafi najlepiej.

Masłowska opowiada o bohaterach zagubionych lub zepsutych moralnie, bezwartościowych lub ze skrzydłami podciętymi u nasady, pijanych lub odurzonych tabletkami. Świat w powieści jest czarno-biały, a bohaterowie z różnych warstw społecznych są sobie przeciwstawieni. Nie po to jednak, żeby pokazać, że jednym żyje się lepiej niż innym. W jej świecie wszystkim żyje się źle: związki to festiwale zdrad i wspólna gehenna, a ojcostwo to apka na komórkę, a nie relacja z rodzicem. Matka głównego bohatera jest „nieszczęśliwa, że się znowu obudziła żywa”, a dziecko przyznaje, że wyjechało z rodzicami, żeby „zmienić kontekst. Się odciąć od Polski, odpocząć”. „Inni ludzie” to żarty z Żydów, #metoo, Jezusa Króla Polski, aborcji, uchodźców, chemitrailsów i smogu, czyli straszno-śmieszny komediodramat z udziałem nas wszystkich.

 Rapowe ziarno

Kamil, główny bohater, choć nie ma wiele, może pochwalić się dziewczyną, kochanką i wielkimi marzeniami o nagraniu hiphopowej płyty. W głowie przepełnionej tekstami piosenek nie pojawia się jednak myśl, że same rymy nie wystarczą, bo za tekstem musi iść muzyka. Może to szczęście w nieszczęściu, że chłopak nie nagrał jeszcze debiutanckiej płyty, bo przecież ciągle pokutuje przekonanie, że spełnienie i dobrobyt rzadko kiedy służą za inspirację.

U Masłowskiej wszyscy bohaterowie żyją zamknięci pod beznadziejnym kloszem i nikt się spod niego nie wychyla. Ich niewielkie nadzieje każdego dnia lecą w dół jak igły opadające z choinki, której Kamilowi nie chce się wynieść na śmietnik. Melancholijną narrację dopełnia komentujący poczynania postaci chór złożony z przypadkowych ludzi na ulicy, ptaszków na drzewach lub Jezusów w tramwajach.

Poetyka rapu

Laureatka Nagrody Nike za książkę „Paw królowej” i tym razem mówi do nas koślawymi hiphopowymi rymami, głosem reklam, billboardów i żenady. Choć opisuje życie warszawskie, kreśli obrazek wszystkim dobrze znany: wielkomiejskiej małomiasteczkowości, gry pozorów i siłowania się na bycie kimś lepszym.

W „Innych ludziach” klasa niższa została zmieszana z wyższą jak z błotem. Masłowska bez serca opisuje Polskę dumną i wstającą z kolan, gdzie współczesnych powstańców jest więcej niż mieszkańców. Połączenie jej wnikliwości i sarkazmu jest przy tym wyborne. Niech za przykład posłuży patriotyczny apel handlowy: „Na Tydzień Szlachecki do Biedrony! Polować na bażanty mrożone. Herby rodowe w promocji. Kto bogatemu zabroni”.

Autorka „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” bezlitośnie wytyka ułomności kraju, w którym jest za dużo lajkowania, gnuśności, uciekania od glutenu i odpowiedzialności. Pisarka nie zatrzymuje się jednak na bezmyślnej krytyce. Udaje jej się niepostrzeżenie przebiec trasę od szczegółu do ogółu, by zaraz po opisie stołecznych absurdów zapytać o naturę człowieka. Dzięki temu uniwersalizuje opowiadane historie i wykracza poza dobrze znane nam polskie podwórko.

W „Pawiu królowej” trochę infantylnie, a trochę poważnie pytała o to, „dlaczego pracowici i dobrzy nie byli ludzie”, a w najnowszej powieści zastanawia się, „czemu źli muszą być źli, a nie mogą być dobrzy”. W usta żadnego z bohaterów nie wkłada jednak odpowiedzi na zadane pytania.

Dajcie głośniej

Wizja artystyczna Masłowskiej, w połączeniu z ilustracjami Macieja Chorążego, jest spójna i satysfakcjonująca. Pisarka stała się samozwańczym przewodnikiem po świecie, w którym wszyscy uczestniczymy na ślepo, a jej piosenki należą do tych, które włączamy sobie, gdy jest nam smutno, po to, żeby było jeszcze smutniej. Powieść „Inni ludzie” głośniej niż pozostałe utwory komentuje życiowe porażki: to społeczne wysypisko śmieci, które lada chwila zapłonie. Przyznaję na koniec bez bicia, że udała jej się ta płyta bez żadnego bita.

ULA RYBICKA