W Śląsku Wrocław spędził najdłuższy okres w swojej piłkarskiej karierze. W tym czasie zdobył z klubem wszystkie kolory medali i mistrzostwo Polski w 2012 roku. Z Sebastianem Milą o tym, jak wspomina klub, miasto i trenerów, którzy ukształtowali jego karierę, rozmawia Zuzanna Kuczyńska.

Z perspektywy czasu, jak ważny był dla pana Śląsk?

Każdy piłkarz ma wiele takich miejsc, które go kształtują. Na pewno będę dobrze wspominał Śląsk. Tutaj spędziłem spory fragment mojego życia. Byłem kapitanem zespołu przez 4 lata, grałem dla Wrocławia, dla kibiców. To miasto zawsze będzie bliskie mojemu sercu, lubię tu wracać i mam tu wielu przyjaciół. Drogę na Oporowską znam na pamięć, mógłbym tam trafić z zamkniętymi oczami. Jest to z pewnością bardzo ważne miejsce dla każdego piłkarza i sympatyka WKS-u.

Co zadecydowało o pańskim przejściu do Śląska w 2008 roku?

Pamiętam dokładnie ten dzień, w którym podpisałem umowę ze Śląskiem, bo obchodziłem wtedy 26. urodziny. Parę dni wcześniej zadzwonił do mnie trener Ryszard Tarasiewicz z propozycją gry. Na początku nie byłem do końca pewien, czy będzie to dobry ruch. Niedawno wróciłem z zagranicy i nie chciałem kolejnej rewolucji w moim życiu. Trener namówił mnie, żebym przyjechał, zobaczył miasto. Tak też zrobiłem. Razem z żoną przyjechaliśmy i poczuliśmy, że będzie nam tu dobrze. Kluczowa była w tym wszystkim moja rozmowa z trenerem, którą także doskonale pamiętam. Przedstawił mi wtedy szczegółowy plan wobec mnie i całej drużyny, który bardzo mi się spodobał.

W trakcie budowania nowej jakości – wówczas beniaminka ekstraklasy – mieliście w zespole liderów, którzy w trudnych chwilach brali na siebie odpowiedzialność za grę?

Oczywiście, było ich wielu. Przede wszystkim, jak przyszedłem do Śląska, trafiłem na najlepszego kapitana w całej mojej karierze. Mowa o dzisiejszym dyrektorze sportowym WKS-u – Dariuszu Sztylce. Był dla mnie bardzo ważną postacią zarówno na boisku, jaki i poza nim. Oprócz niego istotną rolę odgrywali Krzysztof Wołczek, Sebastian Dudek, a także Krzysztof Ulatowski. Ta drużyna miała swoich liderów zanim do niej przyszedłem; oni bardzo pomogli mi poczuć klimat zespołu i Wrocławia. Dzięki nim stawałem się coraz lepszy.

FOT. KRYSTYNA PĄCZKOWSKA

Po dwóch sezonach spędzonych w Śląsku Sebastian Mila otrzymał opaskę kapitana od Dariusza Sztylki. Czyja to była decyzja?

Podczas obozu przygotowawczego do kolejnego sezonu trener Tarasiewicz w trakcie jednej z naszych rozmów powiedział, że od dziś to ja będę kapitanem zespołu. Na początku nie mogłem w to uwierzyć, byłem trochę przerażony. Od razu poszedłem do Darka i zapytałem, skąd ta decyzja. Odpowiedział, że już nie jest tak ważnym ogniwem w drużynie jak kiedyś i zapewnił, że będę czuł jego wsparcie na każdym kroku. To było niesamowite: tylko nieliczni piłkarze z dużą klasą są w stanie zdobyć się na coś takiego.

Wywalczenie mistrzostwa Polski w 2012 roku było największym sukcesem. Czy dobrze wykorzystaliście te pięć minut, które nadeszły później?

Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, co wydarzyło się pod koniec sezonu. Nikt nie stawiał nas w roli faworytów. Mieliśmy swoje marzenia, ale nasza wiara w sukces nie była tak duża. Po zdobyciu tytułu byliśmy w trudnym momencie kadrowym, wielu z nas dostało oferty z zagranicznych klubów. Piotr Celeban wyjechał do Rumunii, Waldemar Sobota trafił do Belgii, a Dariusz Sztylka nie był już tak obecny w Śląsku. To na pewno miało duży wpływ na to, co później działo się w klubie. Wielu z nas nie było wtedy gotowych na taki sukces. Może gdybyśmy częściej trafiali na podium, wyglądałoby to inaczej.

Po Euro 2012 Śląsk przeprowadził się z Oporowskiej na Stadion Wrocław. Czy był to duży przeskok?

Zdecydowanie. Każdy z nas jako mały chłopiec marzył o tym, żeby kiedyś zagrać na takim dużym stadionie. Wtedy nie liczyły się pieniądze czy zagraniczne kontrakty, tylko to, żeby poczuć się jak prawdziwy piłkarz. To był niesamowity przeskok dla nas i choć Oporowska zawsze będzie dla nas wyjątkowa, to Stadion Wrocław dał nam niezapomniany klimat.

W 2013 roku miasto Wrocław stało się w pełni właścicielem klubu, kupując 51% udziałów od spółki Zygmunta Solorza. Czy zawodnicy odczuwają takie zmiany organizacyjne?

Gdy władze miasta przejęły w dużym stopniu finansowanie klubu, my jako piłkarze zawsze mieliśmy pewność, że pieniądze trafią do nas na czas. Nie musieliśmy się martwić, że którykolwiek punkt kontraktu nie zostanie spełniony. To duży komfort, mogliśmy skupić się na treningach i na grze.

Współpraca z którym z trenerów Śląska była dla pana najbardziej rozwijająca?

Cała moja przygoda ze Śląskiem zaczęła się od trenera Tarasiewicza, mieliśmy świetny kontakt. Zawsze traktował mnie jak syna, mogłem na niego liczyć w każdej sytuacji. Dał mi dużo pewności siebie, co zaowocowało także później. Po nim pojawił się Orest Lenczyk. Z nim osiągnęliśmy największy sukces: po raz drugi w historii klubu sięgnęliśmy po tytuł mistrza Polski w 2012 roku. Gdyby nie on, to na pewno by się nie udało. I na koniec trener Tadeusz Pawłowski, który również sporo wniósł w moją karierę. On dał mi wiarę w siebie. Pokazał, że ciężka praca, czasem nawet katorżnicza, zaprowadzi mnie do sukcesu, o którym nawet nie śniłem. Wszystkich trzech wspominam z uśmiechem na twarzy.

FOT. KRYSTYNA PĄCZKOWSKA

Jeśli chodzi o trenera Pawłowskiego, to jego decyzje nie zawsze należały do łatwych…

To prawda. Pamiętam naszą rozmowę, w której jednego dnia odebrał mi funkcję kapitana i odsunął od podstawowego składu. To był dla mnie bardzo trudny moment. Zaufałem mu, bo wiedziałem, że jestem w dobrych rękach. Skupiłem się na sobie, trenowałem bardzo ciężko, musiałem zmniejszyć swoją wagę i poprawić motorykę. To była jedna z ważniejszych decyzji w moim życiu. Dzięki temu, że wtedy podjąłem rękawicę, zostałem później niespodziewanie powołany do kadry Adama Nawałki. Mecze reprezentacji zawsze są wyjątkowe. Jest większa odpowiedzialność i presja, ale także ogromna duma i zaszczyt. Spotkanie z Niemcami w eliminacjach do Euro 2016, w którym udało mi się strzelić bramkę, to był z pewnością najlepszy moment w całej mojej karierze. Nigdy bym się tego nie spodziewał ani nawet nie pomyślał, że zdołam przeżyć coś takiego. Gdyby nie trener Nawałka, z pewnością nie strzeliłbym najważniejszej bramki w moim życiu.

Jest jakieś miejsce we Wrocławiu, które szczególnie lubił pan odwiedzać?

Tak. Miałem swoją ulubioną restaurację – Novocainę. Niedawno  dowiedziałem się, że została zamknięta. Lubiłem tam chodzić: czy to z rodziną na kolację, czy z kolegami na piwo. Bardzo lubiłem też spacery po Partynicach, bo zawsze było tam bardzo spokojnie i dobrze się tam czułem.

 

Zuzanna Kuczyńska