Może się wydawać, że spotkanie z ukochaną osobą w Narodowym Forum Muzyki to randkowy pewniaczek. Okazuje się, że niekoniecznie. Dlaczego?

Nie chodzę na randki do kina. Wydaje mi się, że najlepsze historie ludzie opowiedzą nam sami, trzeba tylko wystarczająco zachęcająco milczeć. Wspominam o tym dlatego, że wpadł mi do głowy pomysł, aby pójść na randkę do filharmonii a stąd do kina dwa kroki, choć z perspektywy czasu mogłabym powiedzieć, że wykonane raczej w siedmiomilowych butach. Jest ciemno, głośno, porozmawiać się nie da, można się dotknąć ukradkiem ale umówmy się – zawsze można. Nie wiem zatem na ile randka w Narodowym Forum Muzyki będzie podobna do randki w kinie, na ile warto się w to angażować? A ponieważ nie wiem – to sprawdzę.

Wybór padł na koncert Tchumburidze gra Dvořáka – z dwóch powodów:

  1. Bo był.
  2. Bo wybrałam z YouTube losowy koncert i proszę Państwa, jeśli Wam się wydaje, że nudzi Was muzyka klasyczna to powinniście wysłuchać chociażby symfonii „From the New World” a zwłaszcza porywającego Allegro con fuoco. Będziecie nucić do końca dnia!

Legendy głoszą, że symfonia „Z Nowego Świata” której, mam nadzieję, teraz słuchacie, towarzyszyła załodze Apollo 11 podczas lądowania na Księżycu. Nagranie miał zabrać na pokład Neil Amstrong i odtworzyć podczas opuszczania pojazdu kosmicznego.

A ja kupiłam właśnie bilety na koncert!

fot.: Fotopolska.eu, S.M.Milejski

Wyjmij z szafy ładną (ale nie najładniejszą) sukienkę

Na wieczorną randkę zapraszam Joannę Syzdół, koleżankę poznaną podczas wolontariatu w Szlachetnej Paczce, podróżniczkę i animatorkę dziecięcą.

W Narodowym Forum Muzyki czuć pandemiczne klimaty – na wejściu można przetestować automat do mierzenia temperatury, konieczna jest dezynfekcja rąk i maseczki. Zamknięte są też szatnie – co jest dość uciążliwe, bo trzeba nosić ze sobą kurtki czy płaszcze. Jestem lekko niepocieszona, bo wystroiłam się jak stonka na wykopki i musiałam zasłaniać płaszczem ulubioną sukienkę – no ale trudno.

Swoją drogą – jeśli komuś przyjdzie do głowy, aby przyjść do filharmonii w kiecce, kupionej na wesele kuzynki Bernadety, które w końcu zostało odwołane z powodu pandemii – nie tędy droga! Obowiązujący styl określiłabym raczej jako „semi-casual„: czyli trochę lepiej niż do pracy. Oczywiście jak zawsze – 5% skrajności przychodzi w dresie, drugie 5 w balowych sukienkach ale jeśli lubisz być pod górką krzywej Gaussa to dżinsy i koszula będą okej.

Najbardziej słyszy się ciszę

Siadamy w fotelach, miła Pani prosi o wyłączenie telefonów. Zapada cisza. Zaczyna grać muzyka.

No właśnie – cisza. Najbardziej przejmująca część koncertu. Pomiędzy kolejnymi częściami symfonii orkiestra przestaje grać i przez kilka długich sekund można zauważyć jak bardzo skupiona i wyciszona staje się widownia. Zanim zaczną się oklaski, zanim usłyszymy szum zeszytów z nutami, możemy dostrzec w jakim transie i spokoju trzyma nas muzyka. Udział w koncercie jest doświadczeniem, jak dla mnie, skrajnie intrapersonalnym. To nie my spotykamy się z muzyką – słuchając jej spotykamy się sami ze sobą. Chciałabym, żeby zostało mi w pamięci chociaż połowa pomysłów, które kręciły się po głowie podczas koncertu. Było coś o nowych pomysłach na randki, o przyjaźni, o uczuciach, którym pozwalamy być w nas i odpływać. Ale też o tych, które pojawiają się same, jak ćma, która się gdzieś tam w nocy zjawia się z nikąd, hałasuje bo próbuje dostać do światła. Na końcu wyobrażałam sobie koncerty w Getcie (tak, naprawdę, bardzo mnie te tematy poruszają) i to, jak trwało w nieludzkich okolicznościach życie kulturalne. Bo świat był gdzieś obok, poza salą, daleko. A tutaj tylko my i dźwięki.

Koncert był i minął, trzeba było wrócić znowu do bycia Martą, może trochę bardziej poukładaną i spokojną. Pozbierałyśmy ubrania z siedzeń i wiedzione stanowczym głosem obsługi znalazłyśmy się znowu w przestronnym hallu. Warto tutaj zrobić jeszcze jedną rzecz – grzecznie lecz zdecydowanie należy udać schodami przed główną scenę – znajdziemy tam piękny, biało – czarny dziedziniec, w którym chcemy chwilę posiedzieć i zrobić sobie zdjęcie. Chyba, że Was nudzi architektura wnętrz – to nie trzeba tego robić. Można także skorzystać z opcji po prawej stronie od wejścia – podświetlanych, czerwonych kanap. W sam raz na oryginalne autoportrety.

Nie jest ani trochę jak w kinie

Okazuje się, że w przeciwieństwie do filmów – nie znając się na muzyce niezbyt się da o niej porozmawiać.

Bierze cię to Asia? Podobało ci się?

Tak.

Ale co, fajnie tam panowie zasuwali na tych kontrabasach, prawda?

Tak.

Idziemy na wino?

Chętnie.

Można by sprowadzić to doświadczenie do picia wina gdyby nie to, że nam się rozmawiało wyjątkowo dobrze. Główka pracuje, impulsy elektryczne biegają pomiędzy neuronkami. Choć ciężko wydobyć jakieś wrażenia na temat samego koncertu, to wyszliśmy szczęśliwe i w podniosłych nastrojach. A w gratisie ukazał nam się bajeczny widok oświetlonej opery.

Pytam Joanny, czy poleciłaby komuś randkę w Narodowym Forum Muzyki

Z jednej strony – nie jest to dobre miejsce na randkę, kiedy nie jest się koneserem ciężkiej muzyki klasycznej. Z drugiej, przez cały koncert przepełniał mnie niewypowiedziany zachwyt. Patrząc na osoby na scenie, miałam wrażenie, że ich pasji można dotknąć. Nieznośna lekkość smyczka przytula uszy i mózg prześliczną melodią, zmusza momentami do przemyślenia sobie ważnych spraw, na które w życiu codziennym nie ma czasu. To dobre miejsce, by przysiąść, zatrzymać się na moment i dać dojść do głosu myślom siedzącym gdzieś bardzo głęboko, uświadomić sobie kilka spraw. To dobre miejsce na przytulanie samego siebie w akompaniamencie pięknych instrumentów, na których grają piękni ludzie. Miejsce, gdzie nie jesteśmy w stanie uwolnić się od wodospadu emocji, więc trzeba trzymać mocno za rękę partnera, bo być może on, tak samo jak ja, właśnie wygrywa wszystkie wewnętrzne wojny.

Czy warto wybrać się na randkę do filharmonii? Tak, pod warunkiem, że potem pójdzie się na spacer i zaplanuje następne pół roku. Albo napiszę wiersz. Zrobi zdjęcie. Wykorzysta potencjał pobudzonej masy twórczej naszego umysłu. Wyrzuci z siebie nagromadzone emocje. Później można napić się też cierpkiego wina w okolicach rynku. Porozmawiać o ślicznej sukience, którą miała Pani grająca na skrzypcach, albo o fraku tego takiego Pana siedzącego z przodu. Można też powiedzieć, że było pięknie i następnym razem, by mieć pretekst, aby znowu pięknie się ubrać, pójdziemy do opery!

fot. Marta Muraszkowska

Foto główne: Wikipedia