Od kiedy pamiętam, byłem włóczęgą. Jako mały chłopiec, wraz z Mamą i dwiema siostrami (jedna strasznie łoiła mi skórę, ale widocznie było za co, chociaż nie bardzo pamiętam) wróciliśmy do Polski z Syberii. Na krótko zacumowaliśmy w ukochanym przeze mnie do tej pory Miliczu, aby ostatecznie wylądować we Wrocławiu.

okruchy pamięci

Fot. Iwona Czerniak

Tu chadzałem do różnych szkół, najdłużej na Uniwersytet im. BB (oficjalnie B. Bieruta, ale my i tak przechrzciliśmy go na B. Bardot), który ukończyłem na prośbę mego ukochanego Profesora, Czesława Hernasa. Otóż, łagodny ten naukowiec, spotkawszy mnie pod Teatrem Kalambur, z którego na chwilę wyszedłem, prawdopodobnie w celu nabycia alkoholu, powiedział: „Panie Stanisławie, niech pan wreszcie zrobi dyplom, bo Wydział już tego nie wytrzyma”.

Z tymże Kalamburem przewędrowałem spory kawał kuli ziemskiej, a kiedy teatr odszedł z tego świata, przygarnęła mnie z litości wesoła czeredka, znana szerzej pod nazwą „Elita”. Na tym etapie mego życia włóczęga była codziennością. Dzięki temu miałem szczęście zobaczyć najpiękniejsze zakątki świata, olśniewające architekturą miasta – ot, choćby Sydney, Kapsztad i Vancouver, ale zawsze z uczuciem najwyższej radości wracałem do Wrocławia. Po każdym powrocie włóczyłem się (często do późnej nocy) po całym mieście, chłonąc jego niepowtarzalny klimat. Bo to dla mnie najpiękniejsze miasto świata i uroczy cmentarz przy ulicy Grabiszyńskiej, na którym kiedyś niechybnie położą mój wyczerpany włóczęgą organizm…

Ale skoro jeszcze trochę żyję, wróćmy do centrum. Owszem, ma Kraków Wawel wraz ze smogiem, pardon smokiem, ale mój Wrocław (nasz Wrocław) to m.in. historyczny Ostrów Tumski, monumentalne kościoły i ponad sto mostów nad pięcioma rzekami. W siłę rośnie odrzańska Biała Flota cumująca przy wspaniale odrestaurowanych bulwarach. Wrocławskie parki nie mają sobie równych w innych miastach polskich. Warto odwiedzić ten położony nad fosą przy Teatrze Lalek, gdzie możemy podziwiać jedną z paru zachowanych rzeźb Theodora von Gosena, mianowicie Amora na Pegazie, a parę kroków dalej, nad głównym wejściem do gmachu sądu – strzelistą Iustitię tego samego artysty. Imponująco prezentuje się baza ciągle rozbudowywanych obiektów wyższych uczelni, pieczołowicie restaurowanych muzeów (choćby Zamek Królewski) czy gmach Narodowego Forum Muzyki, którego wnętrza budzą zachwyt licznie go odwiedzających melomanów.

Bardzo osobisty i sentymentalny stosunek mam do kameralnego Domku Miedziorytnika, pracowni śp. Mistrza Geta-Stankiewicza. Grubej księgi byłoby mało na opisanie wszystkich wrocławskich cudów, a słabnąca z wiekiem pamięć może kreślącego te słowa zawieść. Co do pamięci – we Wrocławiu (w przeszłości Breslau) w 1915 roku na banalne zapalenie płuc zmarł dr Alois Alzheimer. Cwaniak, on sobie umarł, a nam zostawił chorobę… Właśnie, co to chciałem?