O stale rozwijającej się siatce połączeń ze stolicy Dolnego Śląska, nowym rozkładzie lotów, który wejdzie w życie pod koniec marca, i planowanej rozbudowie wrocławskiego lotniska z Dariuszem Kusiem, prezesem Portu Lotniczego Wrocław, rozmawia Tomasz Matejuk.

Pod koniec marca wejdzie w życie nowy rozkład lotów z Wrocławia. Co nowego czeka na pasażerów odlatujących ze stolicy Dolnego Śląska?
Jeśli chodzi o loty do hubów przesiadkowych, w nowym sezonie zostanie utrzymane – uruchomione jesienią – połączenie do Zurychu, obsługiwane przez linię Swiss. Dojdzie trasa do Stuttgartu, którą na przełomie marca i kwietnia otworzy Eurowings, czyli spółka-córka Lufthansy. A trochę później, bo 26 maja, wejdzie – moim zdaniem – największy hit i najważniejsza nowość tego roku, czyli połączenie Air France do Paryża, na lotnisko Charlesa de Gaulle’a.

Bo do tej pory z Wrocławia można było polecieć tylko pod Paryż.
Tak, w tej chwili mamy połączenie Ryanaira na lotnisko Beauvais pod Paryżem. A teraz pojawi się potentat, jedna z największych linii na świecie, z codziennym lotem na główne lotnisko w stolicy Francji. To stwarza możliwości przesiadkowe na inne połączenia Air France na tym lotnisku, zarówno krajowe, jak i zagraniczne, a także możliwości podróży kombinowanej, czyli np. pociągiem TGV do różnych innych francuskich miast. Będziemy znacznie lepiej skomunikowani z Francją.

A nowości od tanich linii lotniczych?
Tutaj szczególnie bogata jest oferta Wizz Aira, który wraz z wejściem w życie nowego rozkładu lotów zbazuje, czyli pozostawi na noc we Wrocławiu, swój drugi samolot i uruchomi pięć nowych kierunków.

Nocowanie samolotów na danym lotnisku jest istotne?
Tak, liczba samolotów bazujących jest ważna, ponieważ one, po nocowaniu, w sposób promienisty wykonują loty z Wrocławia w różnych kierunkach. Czyli samolot rano leci np. do Londynu, za kilka godzin wraca i tak wykonuje trzy, cztery loty dziennie, w większości na rzecz lotniska, w którym bazuje. Wracając do Wizz Aira. Dzięki powiększeniu bazy i możliwości operacyjnych ten przewoźnik urośnie u nas o ponad 50 procent, jeśli chodzi o liczbę przewiezionych pasażerów.

Czyli goni Ryanaira.

Jeszcze trochę drogi przed nim, ale rzeczywiście, to duży postęp. Będzie pięć nowych połączeń od tego przewoźnika: włoskie Bari, Porto w Portugalii, szwajcarska Bazylea, Göteborg w Szwecji i Kutaisi w Gruzji. One ruszą na przełomie marca i kwietnia. Z kolei Ryanair uruchomi trzy nowości: loty do Aten, Faro w Portugalii i Podgoricy w Czarnogórze.

To będzie rekordowy rozkład, jeśli chodzi o liczbę połączeń?
Oczywiście. Niemal każdy kolejny rozkład jest rekordowy, bo wszystkie stare trasy zostają, a nawet – jak w przypadku Wizz Aira – liczba połączeń do dotychczasowych kierunków, jak Londyn czy Lwów, wzrasta. Do tego dochodzą nowe kierunki – w tym roku, jak łatwo policzyć, będzie ich aż 10.

Czyli połączenia raczej nie znikają.
Nie. Dzieje się tak bardzo rzadko.

Wyjątkiem był chyba tylko Ryanair, który zlikwidował loty do Warszawy. To pokłosie ubiegłorocznych problemów tego przewoźnika?
Myślę, że to pokłosie tego, iż Ryanair czuł się źle traktowany na lotnisku Chopina w Warszawie. Faktem jest, że te samoloty – w trakcie krótkiego postoju w stolicy – były stawiane na bardzo odległych stanowiskach, przez co niemożliwe było przeprowadzenie całej operacji postoju w ciągu zakładanych 20-25 minut. Trochę ich rozumiemy, ale żałujemy, że to połączenie zniknęło.

Czyli na razie nie ma szans, żeby wróciło? Jak nie Ryanair, to może Wizz Air się skusi…
Namawiamy do tego obie linie. Widzimy duży potencjał: Ryanair przewoził na tej trasie więcej pasażerów niż przewoził i w dalszym ciągu przewozi LOT. Po zniknięciu tego połączenia statystyki w Locie drgnęły tylko nieznacznie.

Pewnie dlatego, że bilety są dużo droższe.
Oczywiście. Niskie ceny biletów powodowały, że wiele osób, do tej pory podróżujących samochodami, pociągami czy autobusami, przesiadało się na samolot, bo było szybko, wygodnie i tanio. Ale obserwowaliśmy też, że na tej trasie pojawiali się pasażerowie, którzy organizowali sobie choćby wyprawy do Afrykarium, tylko dlatego, że pojawiła się możliwość taniego przelotu i spędzenia fajnego dnia we Wrocławiu. I te osoby nie przesiadły się teraz do samolotów Lotu, bo bilety są po prostu za drogie.
Na pokładach pojawiali się także tzw. newcomers, czyli pasażerowie, którzy pierwszy raz w życiu lecieli samolotem. Choćby dla samego faktu przelecenia się, czy żeby sprawdzić, jak w takiej podróży reagują dzieci. To byli ludzie, którzy „nawrócili” się na latanie i po wycieczce do Warszawy potem widzieliśmy ich na pokładach rejsów czarterowych do Grecji czy Bułgarii.

Wspomniał Pan na początku, że już nie tylko tanie linie uruchamiają nowe połączenia, ale przybywa też połączeń biznesowych. Czy to świadczy o tym, że pozycja Wrocławia na biznesowej mapie Europy rośnie? Że jesteśmy coraz ważniejszym ośrodkiem?

Zdecydowanie tak. Weźmy choćby Zurych – na Dolnym Śląsku mamy wielkie nasycenie firm szwajcarskich, albo Stuttgart – tu z kolei mamy stężenie firm z branży motoryzacyjnej, z flagową inwestycją Mercedesa pod Jaworem. To ewidentnie są kwestie ściśle ze sobą powiązane.
To działa w dwie strony: biznes, który jest obecny we Wrocławiu, generuje potrzebę uruchamiania takich połączeń i vice versa: jeśli pojawiają się nowe połączenia lotnicze, to firmy, które chcą zainwestować w Polsce, zawsze chętniej wybiorą lokalizację, do której mają bezpośrednie połączenie.

A jeśli chodzi o połączenia biznesowe, to czy jest kierunek, na którym szczególnie wam zależy, który chcecie przyciągnąć do Wrocławia, ale jeszcze się nie udało?

Takim przykładem przez pewien czas był właśnie Zurych – pracowaliśmy nad nim dwa lata. Jest jeszcze kilka takich kierunków. Na topie listy nieobsługiwanych bezpośrednio tras, a cieszących się dużą popularnością wśród pasażerów podróżujących z przesiadką, są Bruksela, Londyn-Heathrow czy Amsterdam.

Jakiś czas temu mówiło się, że loty do Amsterdamu pojawią się w naszym mieście.
Tak, ale okazało się, że lotnisko w Amsterdamie na tę chwilę ma ograniczenia w liczbie wykonywanych w ciągu roku operacji i te plany musiały zostać zamrożone.

W zeszłym roku z usług wrocławskiego lotniska skorzystały blisko 3 miliony pasażerów, co było rekordowym wynikiem. W tym roku będzie jeszcze lepiej?
Dokładnie było to 2,85 mln pasażerów, a plany na ten rok mówią o 3,2 mln. I z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że zostaną zrealizowane. Potwierdzają to ogłoszone plany przewoźników, dość dobrze rozwija się także sektor lotów czarterowych organizowanych przez biura podróży. Obserwujemy duży powrót zainteresowania lotami do Turcji, która ma znakomitą ofertę turystyczną.

Był taki moment, że ludzie nie chcieli tam latać.
Tak, rok czy dwa lata temu ten ruch uległ ograniczeniu, ale w tej chwili widzimy, że zainteresowanie wraca.

A jest jakaś granica, powiedzmy 5 mln pasażerów, której wrocławskie lotnisko nigdy nie przeskoczy?
Nie. W 2004 roku lotnisko przez cały rok obsługiwało 300 tysięcy pasażerów, teraz w najlepszym miesiącu mieliśmy około 315 tysięcy. To pokazuje skalę zmiany, jaka dokonała się w ciągu raptem dekady. Powiedzieć dziś, że coś się nie wydarzy za 5-10 lat, jest więc bardzo ryzykowne.
Istotne jest to, żeby lotnisko było sukcesywnie przygotowywane do ewentualnego wzrostu ruchu. Rośniemy o kilka, kilkanaście procent każdego roku. Jeśli ten trend się utrzyma, przystąpimy do planów związanych z rozbudową.

Są już takie plany?
Każdy obiekt ma swoją przepustowość. My zakładamy, że nasze lotnisko ma przepustowość około 4 mln pasażerów. Wiemy już, jakie prace należy wykonać wewnątrz, gdy osiągniemy ten poziom, żeby przepustowość zwiększyć do około 5 mln pasażerów. A jednocześnie będziemy musieli zacząć planować i projektować rozbudowę, która w pierwszej kolejności obejmie część parkingu z obu stron terminalu. Po takiej rozbudowie możliwości operacyjne wzrosną dwukrotnie.

Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego Wrocław

Kiedy rozbudowa może być konieczna?
Już około 2020 roku prawdopodobnie będziemy musieli ją zaczynać.
Już teraz prowadzicie rozbudowę parkingu. Jakie inne inwestycje planujecie na najbliższy czas?
Wkrótce zaczniemy inwestycję związaną z budową hotelu przed lotniskiem. Z analiz wynika, że przy tej skali ruchu znajdzie się na tyle dużo chętnych na nocleg, że to będzie opłacalne. Pojawi się tu jedna ze światowych marek sieci hotelarskich.

Kiedy ten hotel może powstać?
Zakładamy, że w tym roku inwestycja ruszy i zakończy się na przełomie 2019 i 2020 roku.

Na pewno porównujecie się także z innymi regionalnymi lotniskami w Polsce, jak Balice czy Pyrzowice. Jak wypadamy na tym tle? Jesteśmy w czołówce, czy musimy jeszcze gonić?
Od lat tworzymy czołówkę największych lotnisk regionalnych w Polsce. Lotniska regionalne obsługują około 60-65 proc. całego ruchu w naszym kraju, więc pełnią bardzo istotną rolę. To oczywiście nie jest wyścig. Wpływ na statystyki lotnisk regionalnych ma demografia, czyli liczba mieszkańców danego regionu, gospodarka i walory turystyczne. Jeśli chodzi o turystykę, liderem bezsprzecznie jest Kraków.

Z Wrocławia latają jednak nie tylko wrocławianie czy Dolnoślązacy, ale i mieszkańcy innych części kraju.
Mamy twarde dane na ten temat, które mówią, że wśród pasażerów naszego lotniska około 70 proc. to Polacy, a 30 proc. obcokrajowcy. Wśród Polaków około 60-65 proc. stanowią Dolnoślązacy, reszta to mieszkańcy regionów ościennych: Wielkopolski czy Opolszczyzny.