Brak pieniędzy na podstawowe potrzeby osiedli, inwestycje wyrzucane przez miejskich urzędników do kosza, opinie rad, które nie są brane pod uwagę. A teraz – kontrowersyjne zmiany w ordynacji wyborczej. We wtorkowy wieczór 15 listopada ponad 60 osób debatowało we wrocławskich Sukiennicach nad przyszłością rad osiedli. W Sali Sesyjnej głos w dyskusji zabrali radni Wrocławia, przedstawicieli rad osiedli i organizacji społecznych oraz mieszkańcy miasta.

4

Fot. Aleksandra Obuchowicz-Sawicz

Wiosną będziemy wybierać we Wrocławiu radnych do władz osiedli. Mimo że te jednostki pomocnicze gminy są najmniejszymi i najbliższymi mieszkańcom wspólnotami samorządowymi, w poprzednich wyborach w 2013 roku wzięło udział tylko 3,94% uprawnionych mieszkańców. Tymczasem już na następnej sesji, 24 listopada, Rada Miejska najprawdopodobniej będzie głosować nad zmianą ordynacji wyborczej.

Podnoszenie poprzeczki

Co stanie się, jeżeli nowe przepisy zostaną przyjęte? Przede wszystkim wprowadzają one wymóg, aby liczba kandydatów do rad była przynajmniej o jedną osobę większa niż liczba mandatów do obsadzenia (czyli 15 lub 21 w zależności od osiedla). Jeżeli będzie mniejsza lub równa, wybory do rad osiedli nie odbędą się. Gdyby takie zapisy obowiązywały przy poprzednich wyborach, niemal co czwarte osiedle we Wrocławiu nie mogłoby wybrać swojej rady.

Obecny na panelu dyskusyjnym Henryk Macała, przewodniczący Komisji Partycypacji Społecznej i Osiedli, przypomniał, że w tej drugiej sytuacji istnieje możliwość, aby przedłużyć termin zgłaszania kandydatów. Gdyby i to nie przyniosło rezultatu, Rada Miejska Wrocławia może zarządzić ponownie wybory na wniosek poparty przez 10% mieszkańców.

Miejski radny tłumaczył, że zmiany wynikają z potrzeby sprecyzowania przepisów i pomogą zdyscyplinować samorządowych działaczy do kandydowania w wyborach. Takiego przekonania nie podziela jednak część radnych Wrocławia oraz organizacje obywatelskie. Wtorkowy panel dyskusyjny zorganizowali: Renata Granowska i Agnieszka Rybczak (radne PO), Wrocławski Ruch Obywatelski, OK Wrocław 2018 i Inicjatywa WrObywatel.

Dyskutowane zapisy ordynacji są trzecim w historii i najdalej idącym obostrzeniem co do minimum kandydatów. Aby rada osiedla mogła być wybierana, do tej pory wymagano, aby liczba chętnych była nie mniejsza niż 75 procent mandatów, potem – aby była przynajmniej równa.

Nowe jeszcze bardziej restrykcyjne wymogi wzbudzały kontrowersje wśród uczestników dyskusji. Zmiana ordynacji zamiast wzmacniać oddolne inicjatywy i lokalne społeczności, tylko utrudniałaby funkcjonowanie rad osiedl.
W przypadku zbyt małej liczby kandydatów mogłaby pozbawiać osiedla reprezentacji, co byłoby sprzeczne z zasadami demokracji. Niezależnie od tego czy radę udałoby się ostatecznie powołać, powtarzanie wyborów wiązałoby się w oczywisty sposób z kosztami.

Pod lupą

Dyskusja podczas panelu pokazała, że zagadnienie wyborów do rad osiedli jest tylko punktem wyjścia do szerszej debaty. W rzeczywistości sprawa ordynacji  jest jak lupa, pod którą można zobaczyć w powiększeniu inne mankamenty dotyczące funkcjonowania osiedli we Wrocławiu.

W Sali Sesyjnej pojawili się bezpośrednio zainteresowani, czyli radni z kilkunastu różnych osiedli. Zgodnie twierdzili, że to nie jeden kandydat więcej lub mniej jest sednem problemu dla lokalnych wspólnot. Są takie osiedla jak Szczepin, w którym na 21 miejsc było aż 40 chętnych, są również i takie, w których brakuje kandydatów, a już w trakcie kadencji rada nie może podejmować żadnych decyzji, bo na posiedzeniach nie zbiera się wymagane kworum. Jak przekonać mieszkańców, aby szli głosować, a lokalnych działaczy, aby parli do udziału w wyborach? – pytała przewodnicząca Rady Osiedla Osobowice-Rędzin.

Organizacje społeczne: potrzebujemy reform

Zdaniem organizacji społecznych nie tyle brakuje chętnych do angażowania się w sprawy lokalne, co, po pierwsze, większych środków finansowych, po drugie – realnych kompetencji i udziału w zarządzaniu miastem. Aktywiści przedstawili dwa rozwiązania, które funkcjonują obecnie w Poznaniu.

Michał Górski z OK Wrocław 2018 zaproponował, aby w ramach budżetu Wrocławia utworzyć osobny i wspólny dla wszystkich osiedli budżet inwestycyjny na poziomie 1% wszystkich wydatków miasta. Przedstawiciele władz osiedli zgłaszaliby konkretną inwestycję do Rady Miejskiej. Propozycja osiedla byłaby dla magistratu wiążąca i podlegałaby realizacji, jeżeli spełniałaby wymogi formalne i mieściła się w przewidzianym budżecie.

Należy zauważyć, że taka konstrukcja wciąż nie rozwiązuje istotnego problemu. Oznacza bowiem, że rada osiedla co prawda może wskazać inwestycję, której potrzebują mieszkańcy, nie jest jednak odpowiedzialna za dalsze etapy realizacji, nie ma wpływu na przebieg inwestycji i nie uczestniczy w jej odbiorze.

Po drugie, zdaniem Damiana Wojciecha Dudały (inicjatywa WrObywatel), lokalne wspólnoty mogłyby skuteczniej dbać o swoich mieszkańców, gdyby przyznano im inicjatywę uchwałodawczą, tak jak jest w Poznaniu od 2012 roku. Według propozycji, rady osiedli miałaby także możliwość wspólnie przedłożyć projekt uchwały, np. gdyby trzy sąsiadujące osiedla chciały wyremontować jedną ulicę.

10

Fot. Aleksandra Obuchowicz-Sawicz

Jak dzielić pieniądze na inwestycje?

Radni osiedli byli zainteresowani propozycjami, ale mieli też szereg uwag. Wątpliwości budził  sposób podziału nowych środków na inwestycje. Obecnie z budżetu miasta jedno osiedle otrzymuje przeciętnie 37,5 tys. złotych rocznie. Na remonty, nowe place zabaw, boiska i inne inwestycje zostaje niewiele, jeżeli odejmiemy od tej kwoty typowe wydatki administracyjne i opłacenie diet radnych. Poza tym wspomniana liczba jest tylko średnią, a poszczególne osiedla znacznie się różnią. Leśnica otrzymuje z miejskiej kasy 49 tys., a Osobowice-Rędzin raptem 21 tys. złotych.

W przypadku Poznania wysokość wsparcia z budżetu inwestycyjnego zależy w 80% od ludności danego osiedla, w 20% – od jego powierzchni. Uczestnicy dyskusji podkreślali jednak, że ten podział musi być w przypadku Wrocławia bardziej dopracowany, ponieważ każde osiedle jest specyficzne i ma różne potrzeby – Partynice są zakorkowane, Jagodno czy Psie Pole od lat dopominają się o tramwaje. Ale w wielu osiedlach brakuje zupełnie podstawowej infrastruktury – na Rędzinie w wielu miejscach nie jest podłączona kanalizacja, na 218 dróg na terenie Leśnicy, 50 to drogi gruntowe, które jesienią są w fatalnym stanie.

Jeden z radnych przywoływał przykład ulicy Sosnowieckiej, gdzie brakowało nie tylko utwardzonej nawierzchni, ale i chodnika, a mieszkańcy szli drogą, trzymając się ogrodzeniowej siatki. Dzięki determinacji radnych, inwestycja zostanie zrealizowana – po 30 latach starań.

Dopuścić osiedla do współzarządzania Wrocławiem

Zdaniem działaczy samorządowych, problemu nie rozwiążą jednak tylko pieniądze. Szkopuł tkwi w podejściu miasta. Karty inwestycyjne nie były w ogóle rozpatrywane. Osiedla, które zgłaszały wnioski, nie uzyskiwały żadnej odpowiedzi.

Poza tym, kompetencje rad osiedli sprowadzają się do niewielkiego zakresu spraw, które wymagają ich opinii, m.in. w sprawie sprzedaży alkoholu czy przetargów. Działacze podkreślali jednak, że jest to uprawnienie iluzoryczne.

– Przedstawiliśmy kilka negatywnych opinii w sprawie nowych inwestycji deweloperów. Mimo to, one powstaną – oburzała się jedna z radnych osiedla Karłowic-Różanka. 9

Fot. Aleksandra Obuchowicz-Sawicz

Łączyć, czyli dzielić Wrocław?

Do 1990 roku Wrocław był podzielony na 5 dzielnic, obecnie – na 48 osiedli. Czy wobec tego  rozwiązaniem zwiększającym znaczenie osiedli byłoby ich powiększenie? O propozycji połączeniu osiedli w większe jednostki wspomniał Waldemar Wójcik, radny osiedla Grabiszyn-Grabiszynek.  Pomysł nie znalazł jednak entuzjazmu wśród obecnych na sali.

– Rada osiedla wtedy wypełnia swoją rolę, kiedy radni są blisko spraw mieszkańców. Gdyby okręgi wyborcze były większe, mieszkańcy nie znaliby kandydatów, a wybrani radni – potrzeb swoich wyborców. Poza tym, kilka lat temu pojawiła się podobna propozycja i wówczas to sami przedstawiciele rad osiedli opowiedzieli się przeciw – mówił radny Wrocławia Rafał Czepil.

– Powinniśmy zastanawiać się, jak zwiększać aktywność mieszkańców, a nie jak oddalać od nich władzę – zgadzał się Piotr Uhle, radny Nowoczesnej.

Wątpliwości pozostają

Pozostawianie problemu podziału Wrocławia poza marginesem debaty wydaje się błędem. Rodzą się znaki zapytania. Czy wartki strumień dodatkowych pieniędzy z budżetu i szersze kompetencje rad automatycznie poprawią sytuację 48 osiedli? Taki scenariusz jest możliwy, ale właśnie pod warunkiem, że wcześniej przeprowadzi się zmiany administracyjne. Aby wszystkie, a nie tylko niektóre osiedla, mogły rzeczywiście same rządzić swoimi sprawami, muszą mieć zbliżony potencjał pod względem liczby mieszkańców i powierzchni.

Obecnie poszczególne jednostki miasta dzieli przepaść. Na terenie czternastu najmniejszych osiedli w naszym mieście mieszka mniej osób niż w największym z nich – Ołbin. Lipa Piotrowska, Bieńkowice czy Świniary liczą sobie kilkaset mieszkańców. Należy pamiętać, że osiedla w przeciwieństwie do Urzędu Miejskiego nie dysponują fachowym aparatem administracyjnym. Dla małych jednostek wizja samorządności pozostanie mrzonką. Co z tego bowiem, że pojawią się większe środki na inwestycje, skoro nie będzie osób, które będą w stanie poprawnie przygotować odpowiednie wnioski, oszacować koszty, dochować formalnych wymogów?

Panel dyskusyjny odbywał się pod tytułem ,,Posprzeczajmy się o Wrocław”. Mimo obecności radnych wielu osiedli zabrakło głosu tych, którzy reprezentują najmniejsze jednostki. Z ich punktu widzenia propozycje zgłaszane przez miejskich aktywistów i część radnych niewiele zmienią. Zyskają za to osiedla, które już są dobrze zorganizowane i które nie narzekają na brak liderów społecznych. Tą różnicę pokazały jak na dłoni głosowania we Wrocławskim Budżecie Obywatelskim, gdzie najmniejsze rejony nie miały szans konkurować o realizację swoich projektów.