10 lat oczekiwania na wizytę u endokrynologa. Kilka lat do innego specjalisty. Średnio 2,3 lekarza na 1000 pacjentów. Długie kolejki w przychodni – takie są realia ochrony zdrowia we Wrocławiu.

Pod koniec ubiegłego roku weszła w życie ustawa POZ dotycząca podstawowej opieki zdrowotnej, która miała być rozwiązaniem niekończących się kolejek do specjalistów. Jednocześnie trwało łączenie placówek w Polsce w tzw. sieć szpitali, która była priorytetem dla Ministerstwa Zdrowia. Do sieci szpitali przyłączono m.in. 12 wrocławskich placówek, w tym 4 szpitale ogólnopolskie, 2 onkologiczne, 4 szpitale III stopnia, jeden szpital I stopnia oraz jeden pulmonologiczny.
W założeniu ustawa miała usprawnić udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej przez szpitale i przychodnie szpitalne, a także poprawić dostęp pacjentów do leczenia specjalistycznego w placówkach ochrony zdrowia.

Dekada oczekiwania na wizytę
Jednym z najważniejszych celów ministra zdrowia w 2015 roku było zmniejszenie kolejek. Niestety, w 2017 roku okazało się, że w ciągu dwóch lat od ogłoszenia jednego z postulatów ministra Konstantego Radziwiłła sprawa uległa zmianie, ale na gorsze. Trzy lata temu na wizytę u endokrynologa w Wojewódzkim Zespole Specjalistycznej Opieki Zdrowotnej „Dobrzyńska” czekać trzeba było 4 lata, a w zeszłym roku liczba ta zwiększyła się do 6 czy nawet 7 lat.
Długi czas oczekiwania wynika z dużej liczby pacjentów i małej liczby specjalistów. Lekarze odchodzą z publicznych ośrodków opieki zdrowia ze względu na lepsze zarobki w sektorze prywatnym. Pacjentów w przychodniach wciąż przybywa, wydłuża się czas oczekiwania na wizytę. Pierwszeństwo mają osoby, które są już w trakcie leczenia, a nowi pacjenci muszą oczekiwać, aż zwolni się miejsce. – Kiedy przychodzi nowy pacjent ze skierowaniem pilnym, to jeszcze nie jest tak źle, gdyż okres oczekiwania to 33 dni. Gorzej jest ze skierowaniem stabilnym: wtedy jest to około 10 lat – tłumaczył Maciej Sokołowski, dyrektor „Dobrzyńskiej”, w rozmowie z TVN24. Przychodnia przy ulicy Dobrzyńskiej we Wrocławiu miesięcznie udziela około 1200 porad, z czego 1150 dotyczy kontynuacji leczenia.

Uprzywilejowani wzbudzają kontrowersje
Do grona pacjentów, którzy muszą zostać przyjęci w dniu zgłoszenia lub najpóźniej w ciągu 7 dni, w 2018 roku dołączyły również kobiety w ciąży, niepełnosprawne dzieci oraz działacze opozycji w PRL-u.
Dzięki temu przywilejowi przyszłe matki mogą liczyć na szybką konsultację z lekarzem i uniknąć nawet wielomiesięcznych kolejek, co w przypadku ciężarnych zadecydować może o prawidłowym przebiegu ciąży. Dotyczy to nie tylko konsultacji lekarskich, ale wszystkich usług medycznych i farmaceutycznych, w tym np. wizyt w aptekach. Ku niezadowoleniu wielu „zwykłych” pacjentów pierwszeństwo ciężarnych poparte jest prawem, a lekarze mają obowiązek go przestrzegać.
Sytuacja osób niepełnosprawnych oraz działaczy opozycji jest taka sama, jednak uwzględnienie ciężarnych w grupie osób uprzywilejowanych wzbudza najwięcej kontrowersji. Wielu pacjentów przyznaje, że przepuszczenie w kolejce kobiet ciężarnych wydłuża czas oczekiwania na wizytę nawet do dwóch godzin.

Pacjenci sami sobie są winni?
Jak podaje Narodowy Fundusz Zdrowia, w 2016 roku co trzeci pacjent nie zgłosił się na umówioną wizytę u lekarza. Rezygnacje z umówionych terminów nie były zgłaszane w przychodniach, więc wizyty, z których skorzystać mogły osoby oczekujące w kolejce, przepadały. Skala problemu jest duża, biorąc pod uwagę fakt, że w pierwszym kwartale 2016 roku do lekarzy nie zgłosiło się aż 5687 osób, a tylko 1997 osób telefonicznie powiadomiło przychodnie o rezygnacji z wizyty.
Pacjenci nie pojawiają się u lekarza, bo często o wizytach zapominają, szczególnie osoby starsze. Zdarza się to często nawet mimo względnie krótkiego czasu oczekiwania.

– To ogromny problem. 20-30 procent pacjentów nie zgłasza się na wizytę w poradniach
i, co najgorsze, nie uprzedza o tym. Gdyby nas poinformowali, moglibyśmy w to miejsce przyjąć innego pacjenta i kolejka byłaby krótsza, a tak termin przepada – mówiła w rozmowie z „Gazetą Wrocławską” Barbara Korzeniowska, zastępca dyrektora ds. lecznictwa otwartego w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym przy ul. Borowskiej.

156 milionów na skrócenie kolejek
W grudniu ubiegłego roku na konta dolnośląskich placówek zdrowia zaczęły wpływać pieniądze w łącznej sumie ponad 156 milionów złotych. Kwota ta stanowiła zwrot kosztów za operacje i procedury wykonane do 2010 roku. Do szpitali powiatowych trafiły 63 miliony złotych, 60 milionów do szpitali, których założycielem jest urząd marszałkowski, 15 mln otrzymały sanatoria, a szpitale MON i MSWiA oraz kliniczny otrzymały w sumie 22 miliony złotych. Andrzej Oćwieja, dyrektor dolnośląskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia, przyznał, że chciałby, aby otrzymane pieniądze zostały przekazane na zmniejszenie kolejek do przychodni.
Dużym problemem są pacjenci chorujący na zaćmę. W marcu tego roku osób oczekujących na zabieg były prawie 62 tysiące, w tym 3900 przypadków pilnych i ponad 58 tysięcy stabilnych. Według dyrektora dolnośląskiego NFZ nie długość kolejki stanowi problem, a zła kwalifikacja pacjentów. Kolejka pacjentów pilnych nie jest długa, w przeciwieństwie do kolejki pacjentów stabilnych, która cały czas się zwiększa. Pod koniec stycznia na stronie dolnośląskiego NFZ pojawiła się informacja o klasyfikacji pacjentów do zabiegu zaćmy. Jednym z kryteriów miałaby być wartość ostrości wzroku chorego. Dla wielu informacja ta była bardzo krzywdząca – biorąc pod uwagę nowe zasady, część z nich mogłaby nie zostać zakwalifikowana do zabiegu, mimo że wcześniej byli brani pod uwagę.

Lekarze nie chcą nadgodzin
Odpowiedni personel współpracujący i działający na rzecz nie tylko poprawy zdrowia pacjentów, ale również całego szpitala to podstawa właściwego funkcjonowania placówki. Na lekarzach, którzy często pracują przez całą dobę kilka razy w tygodniu, ciąży ogromna odpowiedzialność.
W styczniu tego roku 350 lekarzy z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego przy ul. Kamieńskiego wypowiedziało placówce klauzulę opt-out. Dokument ten to zgoda lekarza na wykonywanie swoich obowiązków w większym wymiarze godzin, przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień. Wyrażona może być w czasie pracy lekarza, jak również przy podpisywaniu umowy z pracodawcą. Jeżeli dany pracownik przekroczy przeciętną liczbę godzin w tygodniu, to przysługuje mu z tego tytułu wynagrodzenie. Liczba ta nie może być jednak większa niż 78 godzin.
Kadra lekarska z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nie zgodziła się na pracę w większym wymiarze. Klauzulę opt-out wypowiedzieli wszyscy lekarze i rezydenci. W odpowiedzi szef szpitala, Wojciech Witkiewicz, wstrzymał udzielanie urlopów wypoczynkowych i cofnął zgodę na udział w konferencjach, zjazdach i szkoleniach.

Maleje liczba pielęgniarek

Kolejnym problemem jest malejąca liczba pielęgniarek w szpitalach. Szacuje się, że za rok większość z tych, które są obecnie aktywne zawodowo, osiągnie wiek emerytalny. Dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wskazują, że na 1000 pacjentów w całej Polsce przypada zaledwie 5,2 pielęgniarek. Dla porównania, w Niemczech i Szwajcarii (krajach, które najlepiej wypadły w tym zestawieniu) jest to odpowiednio 13,3 oraz 17,9 pielęgniarek.
Po odejściu aktualnie pracujących pozostanie w personelu dziura, która stale będzie się powiększać. Spowodowane to będzie małym zainteresowaniem posadą ze strony osób młodszych i zdolnych do pracy. Przyczyną tego są z pewnością niskie płace – w szpitalach powiatowych pensje dla pielęgniarek zamykają się w przedziale od 1600 do 1900 złotych miesięcznie. Pielęgniarki podejmują się więc wielu dodatkowych prac, co przekłada się na jakość opieki nad osobami, którymi się zajmują.
W grudniu ubiegłego roku w Polsce zorganizowana została akcja #jedenetat. Zainicjowane przez Stowarzyszenie Pielęgniarek Cyfrowych wydarzenie miało na celu namówienie wszystkich pielęgniarek, które pracowały na więcej niż jeden etat, do pozostania 4 grudnia w głównym miejscu pracy. Pozwoliło to na określenie ich liczby, a także pokazało skalę problemu, jakim są braki kadrowe w Polsce.

Infografika Martyna Wąsik (Studio MAMY.TO)

Jak wypadł Dolny Śląsk i jego stolica?
Urząd Statystyczny we Wrocławiu co 2-3 lata przygotowuje obszerną dokumentację podsumowującą wyniki szpitali z poprzednich lat. Ostatnia pochodzi z 2017 roku i obejmuje okres od 2014 do 2016 r. W latach tych na 1000 osób w województwie dolnośląskim przypadało 2,3 lekarzy, 0,3 dentystów oraz 5,1 pielęgniarek. Jeżeli chodzi o liczbę łóżek dostępnych dla pacjentów, to wynosiła ona 82,9.
W 2016 roku we Wrocławiu dostępnych było 113 zespołów ratownictwa medycznego, w tym 74 podstawowe i 39 specjalistycznych. Do składu zespołów ratownictwa należało 1485 osób, a do ratownictwa lotniczego 12 osób.
W ramach podstawowej opieki zdrowotnej udzielono 12,7 miliona porad lekarskich, specjalistycznych porad udzielono 8,5 miliona. We Wrocławiu na jedną aptekę przypadało 2199 osób. Raport dotyczący 2018 roku pojawi się w październiku.

Trzeba mieć zdrowie, by chorować
Nowy minister zdrowia Łukasz Szumowski – tak jak jego poprzednicy – zapowiada, że do końca swojej kadencji (listopad 2019 r.) skróci kolejki do specjalistów, w tym te najdłuższe, jak np. do endokrynologa. Według niego ma to się stać dzięki wzrostowi nakładów na ochronę zdrowia: 830 mld zł na lata 2018-2024, w porównaniu do kwoty 460 mld zł w latach 2008-2014.
Niestety, na razie pacjenci muszą zmagać się z tymi samymi co dotąd problemami, a znane powiedzenie, że „w Polsce trzeba mieć zdrowie, by chorować”, nadal jest aktualne.

HANNA GALIK