Wrocław jest zadłużony na ponad 2 miliardy 600 tysięcy zł (2 604 347 769,83zł, to stan na 30.09.2016), co stanowi ponad 60% rocznego budżetu miasta. Pismo samorządu terytorialnego „Wspólnota”, obliczając zadłużenie polskich miast, umieściło stolicę Dolnego Śląska na niechlubnym czwartym miejscu („Ranking zadłużenia samorządów 2014 r.”). Tymczasem, w 2016 roku miasto wydawało kolejne pieniądze na inwestycje kulturalne, które wciąż budzą niemało kontrowersji.
W lipcu ubiegłego roku mieszkańców Wrocławia zelektryzowała informacja o planowanym postawieniu nowej rzeźby na Wyspie Daliowej. Miała ona mieć około 6–7 m wysokości i 15 m długości. Jej odsłonięcie uświetniałoby zakończenie ESK we Wrocławiu. To, co jednak najbardziej poruszyło wrocławian, to koszt całego przedsięwzięcia. Rewitalizacja Wyspy Daliowej miała pochłonąć prawie 2 miliony złotych, z czego za rzeźbę miasto miało zapłacić 1 milion 300 tysięcy złotych.
Projekt zakładał, że rzeźba będzie złożona z wymodelowanych łuków różnej wysokości. Zostaną one wykonane w autorskiej technologii wymyślonej przez autora projektu – Oskara Ziętę. Metoda polega na przestrzennym modelowaniu kształtów za pomocą powietrza. Do tej pory, projektant tworzył w ten sposób meble i formy wystroju wnętrz. Teraz, po raz pierwszy w tej technice, ma powstać rzeźba znajdująca się w plenerze. Magistrat liczył, że w ten sposób uda się uczynić z Wyspy Daliowej kolejne miejsce spotkań dla wrocławian i turystów odwiedzających miasto.
Wbrew zapowiedziom, w ramach ceremonii zamknięcia ESK, rzeźba nie została jednak odsłonięta, ani nawet zainstalowana na Wyspie Daliowej. Jakie są zatem jej losy i kiedy możemy spodziewać się finału projektu? Katarzyna Sarka, Kierownik Wydziału Komunikacji Społecznej UM Wrocławia, udzieliła nam szczegółowej odpowiedzi:
– Sprawa jest aktualna, a rzeźba wykonana. Składa się z 35 elementów o wysokości od 5 do ok. 8 m i od 9 do 10 m szerokości, powierzchnia zabudowy wyniesie ok. 120 m2. Rzeźbę wykonano z polerowanej stali szlachetnej Inox. Artysta zastosował oryginalną technologię pod nazwą F i D U, co oznacza technologię wolnej deformacji ciśnieniem wewnętrznym, w efekcie czego każde z 35 stalowych żeber było formowane wtłoczonym weń powietrzem. Montaż rzeźby planujemy na koniec marca 2017 roku, natomiast obecnie trwa postępowanie przetargowe, które wyłoni wykonawcę przebudowy i rewitalizacji tego terenu oraz wykonanie fundamentów pod rzeźbę.
Ostateczne efekty rewitalizacji Wyspy Daliowej wrocławianie będą mogli ocenić w kwietniu 2017.
Luneta na Berlin
Innym kontrowersyjnym wydatkiem był projekt Luneta. Przed wrocławskim dworcem stanął specjalny namiot – analogiczna instalacja znalazła się przy dużym dworcu przesiadkowym Friedrichstrasse w Berlinie.
– Głównym celem Lunety jest przede wszystkim pokazanie Berlinowi, jak blisko jest Wrocław i jakie to ciekawe miasto – tłumaczył Volkmar Umlauft, autor projektu. Wydarzenia, które będą dziać się w lunecie, mają łączyć ludzi po dwóch stronach granicy – dodawał.
Oba namioty otoczone były kamerami. Dzięki szybkiemu transferowi danych, widok z Wrocławia był wyświetlany na monitorach w Berlinie, a we Wrocławiu można było oglądać obraz ze stolicy Niemiec. Wszystko odbywało się w czasie rzeczywistym. Obie Lunety – zarówno berlińską jak i wrocławską – odwiedziło łącznie 150 tys. osób.
Instalacja, określana złośliwie ,,najdroższym skypem w historii”, kosztowała 1,8 mln złotych. Funkcjonowała niecałe dwa miesiące – od 9 maja do 3 lipca 2016 roku. W przeliczeniu na dni, daje to ponad 3 000 zł za dobę. Trzeba przyznać, że rzeczywiście w okolicach Lunety odbyło się kilka wrocławskich wydarzeń kulturalnych, na przykład koncert „Muzyka na wietrze”, którego wrocławianie mogli wysłuchać w ramach prezentacji Poznania we Wrocławiu. Czy jednak taka forma promocji, która dociera do odbiorcy jedynie przez chwilę, była warta swojej ceny?
Przepłacona WrocŁawka
W porównaniu do rzeźby na Wyspie Daliowej i Lunety, dwie pozostałe niecodzienne inicjatywy kulturalne Wrocławia wydają się stosunkowo tanie. Również one mają promować miasto, jednak przede wszystkim wśród turystów, którzy już odwiedzili stolicę Dolnego Śląska, oraz wśród samych mieszkańców.
Szczególnym pomysłem jest ławka w kształcie napisu „Wro”, usytuowana na Bulwarze Lecha i Marii Kaczyńskich, za Urzędem Wojewódzkim. Artystyczna ławka będzie akurat zrealizowana w ramach budżetu obywatelskiego – chcieli jej więc sami mieszkańcy. Aktualny projekt został wybrany w internetowym głosowaniu, ale warto wspomnieć, że w ramach WBO 2015 zagłosowało na niego dokładnie 654 wrocławian (projekt nr 280).
Początkowo istniały trzy propozycje napisów promujących miasto. Oprócz Wro, na bulwarze Lecha i Marii Kaczyńskich, podobne miały znaleźć się obok Stadionu Miejskiego i na Wzgórzu Polskim. Pierwszy, między stadionem a pętlą tramwajową, miał mieć formę skateparku dla rowerzystów i rolkarzy. Z tego powodu napis Wrocław byłby widoczny tylko z lotu ptaka. Na Wzgórzu Polskim miał powstać plac zabaw i siłownia na wolnym powietrzu. Całość byłaby w formie metalowych, rurkowych napisów Wratislavia, Breslau, Wrocław i Wro rozchodzących się w różne strony. Oba zaproponowane warianty odrzucono.
Na inwestycję miasto przewidziało wstępnie 150 tys. zł. Nie jest to jednak ostateczna kwota.
– Na końcową wycenę musimy poczekać do czasu przygotowania dokładnego projektu i wyboru wykonawcy – mówi Bartłomiej Świerczyński, Dyrektor Biura ds. Partycypacji Społecznej.
O ile sama WrocŁawka, jak zaczyna się ją nazywać, może się jeszcze obronić przed krytyką, o tyle jej lokalizacja wydaje się bardzo nietrafiona. Tuż obok znajduje się pufa miejska – inna instalacja przeznaczona do odpoczynku nad Odrą. Z perspektywy użytkowej jest to właściwie dubel. Pozostaje oczywiście kwestia mniej lub bardziej trafionej promocji miasta…
,,Kocham” za 40 tysięcy
Najwcześniejszym z pomysłów promocji miasta była jednak ławka w kształcie napisu ,,Kocham” na wrocławskim Ołbinie, która powstała w ramach Europejskiej Stolicy Kultury. Autorkę, Elżbietę Jabłońską, zainspirował napis na murze. Wśród wielu wulgaryzmów, zauważyła słowo „kocham” i właśnie ono stało się inspiracją. Ławkę wykonano z kamiennych bloków, tak by była bardziej trwała. O sprawie informowały obszernie media ogólnopolskie, gdyż instalacja kosztowała miasto 40 tys. zł. Co ciekawe, sam napis widoczny jest tylko z góry.
Wymienione inwestycje kulturalne miasta kosztowały budżet prawie 4 mln zł. Obrońcy miejskich pomysłów na promocję uważają, że to zaledwie koszt jednego tramwaju dla Wrocławia. Czy jednak wydawanie takich pieniędzy na inicjatywy, które mieszkańców bardziej dziwią niż zachwycają, jest na pewno dobrym pomysłem? Jeżeli miasto chce inwestować w rozwój kulturalny, to może lepiej pomyśleć o remoncie wrocławskich kamienic i rewitalizacji zaniedbanych obszarów?







