Od stolika w KFC do… międzynarodowych turniejów – lokalna społeczność Magic: the Gathering ma się dobrze pomimo pandemii. Podpowiadamy jak zacząć przygodę z najpopularniejszą kolekcjonerską grą karcianą na świecie i dlaczego warto to zrobić akurat we Wrocławiu.
Na początku lat dziewięćdziesiątych Richard Garfield, doktor kombinatoryki Uniwersytetu Pensylvania, zaproponował swoim przyjaciołom z niewielkiego studia Wizards of the Coast wydanie gry karcianej własnego pomysłu. Miała ona wypełnić czas pomiędzy sesjami w grach fabularnych na konwentach fantastyki. Pomysł się spodobał i tak w 1993 roku ukazała się pierwsza edycja Magic: the Gathering. Zainteresowanie pozycją od początku było bardzo duże i trwa do dziś – szacuje się, że na całym świecie jest ponad 12 milionów aktywnych graczy.
Magic: the Gathering jest kolekcjonerską grą karciana o tematyce fantasy, najstarszą i najpopularniejszą grą tego typu. Do tej pory stworzono kilkanaście tysięcy unikatowych kart o różnym działaniu. Gracze zbierają karty, które można kupić w różnych zestawach, tworzą z nich talie i toczą między sobą walki, wykorzystując strategię, na której oparli swoje talie. Jedni walczą z pomocą potężnych bestii lub zawierają sojusze z nekromantami i wampirami. Inni gracze wykorzystują karty reprezentujące magię umysłu, podczas gdy ich przeciwnicy wolą ciskać wielkie kule ognia. Do karcianki przyciąga połączenie fantastycznego klimatu ilustracji z rozgrywką, która wymaga intensywnego myślenia analitycznego.
Podstaw najlepiej nauczyć się on-line
Pierwszy zestaw można kupić w sklepie – koszt to około 90 zł za dwie, zbalansowane do grania ze sobą talie. Prawdziwą zabawą jest jednak składanie jej samemu – w każdym sklepie z grami można kupić boostery – czyli paczki 15 kart, z których jedna jest rzadka, jedna unikatowa (może być bardzo silna i dużo warta) a pozostałe to karty common. Te ostatnie są zwykle odrzucane przez bardziej zaawansowanych graczy – we wrocławskich sklepach czasami można dostać je za darmo. Z pomocą internetu lub doświadczonych kolegów złożymy swój pierwszy „kitchen table deck” – czyli talię do luźnego grania w domu. Jest jednak inny, łatwiejszy sposób aby zapoznać się z rozgrywką.
– Najlepiej zacząć od instalacji MtG Arena – mówi Paweł Bujanowicz, redaktor naczelny portalu Guildmage.pl. – Program jest darmowy i pozwala na spróbowanie gry oraz nauczenie się podstaw, a poza tym jest pełnoprawną platformą do gry, na której odbywają się również wszystkie najważniejsze turnieje on-line. Jeśli się spodoba, to warto wybrać się do jednego z wrocławskich sklepów, a tam sprzedawcy polecą gotową talię, od której można zacząć przygodę z graniem papierowym. Oprócz tego warto zapytać o jakieś darmowe karty, bo gracze często zostawiają tam setki niepotrzebnych kart właśnie z myślą o początkujących.
– Platforma MtG Arena jest zautomatyzowana – dodaje Jan Doroszkiewicz, uczeń. – Przez jakiś czas trzyma i prowadzi za rączkę byśmy poznali podstawy, które są jednak niezbędne by móc w ogóle grać. Oczywiście to nie jest to samo uczucie co granie na papierze, ale jest najłatwiejsze. Jeżeli jednak zależy nam by poprzekręcać kartoniki w fizycznej wersji to polecam na początek zestawy startowe, gdzie po kilku gierkach będziemy mieli poczucie, że czegoś brakuje, i będziemy szukać czegoś więcej.

Co wspólnego ma wrocławski Magic i kurczaki?
Marcin Mesjasz gra w MtG od jedenastu lat – namówił go kolega z liceum, z którego, także dzięki wspólnemu hobby, zrobił się przyjaciel, a finalnie – świadek na ślubie. Dołączył do nich kuzyn i to wrocławskie trio zapoczątkowało lokalny fenomen – towarzyskie granie w… KFC.
– Zaczęło się to około 10 lat temu – opowiada Marcin Mesjasz. – W tych czasach sklepy organizowały głównie turnieje z wpisowym, a żeby cokolwiek wygrać trzeba było mieć dosyć dobrze złożony deck. Chcieliśmy sobie grać dla zabawy, ale niekoniecznie w domu. I tak padł wybór na KFC w Rynku. Zaczęliśmy tam chodzić co piątek ok 17-18, kupowaliśmy jakieś B-Smarty z napojem czy zestawy i graliśmy… aż nas nie wygonią. Nie raz zdarzało się, że byliśmy tam aż do zamknięcia lokalu około 3 w nocy. Zaczęli przychodzić do nas kolejni gracze MtG – najpierw szliśmy do Feniksa przejrzeć klasery z pojedynczymi kartami lub kupić jakieś akcesoria. Wspominaliśmy ludziom, że idziemy pograć casualowe MTG w KFC. Potem zaczęli przychodzić ludzie, którzy chcieli kupić pojedyncze karty – wiadomo, trzeba rozwijać talię. Co tydzień pojawiało się kilkanaście osób.
Z względu na swój nieformalny charakter rozgrywki były zawsze bardzo zabawne, można było potestować nietypowe zagrania i, jak mówi Marcin Mesjasz, czasami nawet miło było przegrać.
– Ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś do nas podszedł z obsługi i powiedział, że źle się zachowujemy, albo mało kupiliśmy i zajmujemy stoliki. Czasem mogliśmy być głośniej przez śmiechy, ale po chwili się uspokajaliśmy żeby ludzie dziwnie na nas nie patrzyli.
Gra i ludzie pomogli mi w najcięższych momentach w życiu
Wiktor Garske jest licealistą, w Magica gra od siedmiu lat. On także podkreśla, że oprócz samej rozrywki bardzo ważny jest aspekt towarzyski. Wrocław jest dobrym miejscem, aby zacząć swoją przygodę z MTG
– Uważam, że nasza społeczność potrafi bardzo dobrze przyjąć nowe osoby. Jeśli z czymkolwiek potrzeba jakiejś pomocy – czy to ze zrozumieniem karty albo interakcji, czy to z kupnem konkretnej karty, czy to z godzinami wydarzeń – jesteśmy w stanie z tym pomóc. Doświadczyłem tego z obu stron. Mam wrażenie, jest dość unikalne dla Wrocławia. Ta gra to świetne hobby, czy to do zaspokojenia potrzeby socjalnej, czy to potrzeby na rozrywkę intelektualną, a polska, czy też konkretnie wrocławska społeczność, to jedno z najlepszych środowisk w tym polu. Sam od siebie dodam, że gra w Magica z tymi ludźmi pomogła mi mocno w najgorszych momentach w moim życiu, i gdyby nie ci ludzie i ta gra, byłoby mi dużo ciężej.
– Jako świadectwo wysokiej próby członków społeczności wystawiam to, że jak zacząłem zbierać zbędne karty, by udostępnić je młodzieży korzystającej z biblioteki mojej żony, to społeczność zwiozła mi szybko kilogramy materiału i wielu oferowało że poświęci czas by nauczyć dzieciaki. Niestety przez cholerną pandemie wszystko to dalej czeka w mojej komórce lokatorskiej by w końcu do młodzieży trafić – opowiada Tomasz Trela, z wykształcenia prawnik, pracujący obecnie w międzynarodowym biznesie.
Mówi także, że gra bardzo wspomaga naukę języka angielskiego, zwłaszcza u młodszych graczy.
– Precyzyjne i metodyczne zastosowanie języka przez sama grę, konieczność czytania ze zrozumieniem i precyzyjnego interpretowania pojęć i znaczeń zdań. Mamy kilku graczy expatów z którymi podczas meczu porozumiewamy po angielsku.
W pewnym momencie to już nie była gra w karty, a walka o marzenia
Od zabawy w barach szybkiej obsługi, poprzez lokalne, a potem ogólnopolskie turnieje można trafić aż do samego szczytu magicowego świata – gra ma potężne, międzynarodowe oblicze i jak każdy sport – prestiżowe zawody, w których nagrody mogą zmienić życie laureatów. Najważniejszą postacią wrocławskiej, profesjonalnej sceny MtG jest Grzegorz „Urlich” Kowalski, który od lat jest zawodowym graczem. A zaczynał – jak wszyscy – na turniejach we wrocławskich sklepach.
– Dawniej mieliśmy całkiem dobrze zorganizowaną strukturę turniejową. Od malutkich turniejów dla lokalnych graczy dostępnych regularnie w większości sklepów sprzedających karty do MtG, aż po Pro Toury, czyli najwyższej rangi turnieje MTG, w których udział brała światowa czołówka graczy według rankingu, oraz zawodnicy którzy zwyciężyli w turniejach kwalifikacyjnych, a tych w Polsce nie brakowało.
Grzegorz Kowalski gra w MtG od 2006 roku a półprofesjonalnie – od 2011. Kilka lat później, w 2015, stało się to jego pełnowymiarową pracą. Droga do światowej czołówki wiedzie przez organizowane lokalnie turnieje – z czasem udział w PTQ, czyli eliminacjach do Pro Tour, zajmuje całe tygodnie.
– Pamiętam, że w sezonie potrafiliśmy z ekipą z Wrocławia zwiedzać po 4 miasta w 2 tygodnie – opowiada Grzegorz Kowalski. – Sobota Kraków, kończymy turniej i jedziemy do Katowic, żeby w niedzielę zagrać kolejny. W następnym tygodniu nie ma kwalifikacji w Polsce? No to w sobotę jedziemy do Lipska, a w niedzielę walczymy w Berlinie. Pro Toury były tylko 4 w roku, więc opcji na zakwalifikowanie się nie było aż tak dużo. W pewnym momencie to już nie była gra w karty, a walka o marzenia. Pro Toury odbywały się w fenomenalnych miejscach na całym świecie – tylko dzięki graniu na nich udało mi się odwiedzić takie miejsca jak Sydney, Nagoyę, Kyoto czy Honolulu. Wspaniała okazja, żeby połączyć pasję z wakacjami. Wraz z wygranym zaproszeniem nagrodą był darmowy bilet lotniczy na miejsce turnieju. Dodatkowo 250 tysięcy dolarów w puli nagród też rozbudzały wyobraźnię.
Raz do roku przypadają mistrzostwa świata – jest to turniej dla wąskiej elity – zwycięzców Pro Tour w danym roku i najlepszych graczy światowych rankingów. Odbywają się w bardzo ekskluzywnych lokalizacjach, np. Las Vegas czy Honolulu, a pula nagród jest kosmiczna – w 2019 mroku był to milion dolarów do podziału na szesnastu graczy.
– Można sobie ładnie życie ustawić z jednego turnieju – opowiada Grzegorz Kowalski. – Podczas mojego szczytu kariery, czyli w 2018 roku, gdy udało mi się osiągnąć wicemistrzostwo świata, pula była znacznie mniejsza (300 tyś. dolarów), jednak mimo wszystko wspomnienia z przygody i emocji jakie były na miejscu zostaną do końca życia. Z ciekawostek, Javier Dominguez, który mnie pokonał w finale, był wicemistrzem w 2017 roku. Liczyłem, że uda mi się powtórzyć jego historię, ale niestety na kolejne mistrzostwa nie udało mi się zakwalifikować.
Czego potrzeba żeby być dobrym w MtG?
– Na pewno cierpliwości i zdolności logicznego/analitycznego myślenia – mówi wicemistrz. – Większość dobrych graczy ze sceny radzi sobie bardzo dobrze w takich grach jak poker, szachy czy brydż. Na najwyższym poziomie jest to już pełnowymiarowa praca, przygotowania do turniejów oraz podróże zajmują na tyle czasu, że bardzo ciężko jest to pogodzić z etatową pracą. Styl życia jest bardzo podobny do tego, który prowadzą zawodowi esportowcy w innych grach.
Ci, którzy się wciągną, są wciągnięci na dobre
Wyzwania intelektualne, spotkania ze znajomymi, podbudowa fabularna gry – według Tomasza Trela motywacja fanów i natura ich zaangażowania jest bardzo różna.
– Niektórych przyciąga złożoność samej rozgrywki, opartej na bardzo szczegółowych zasadach, innych „gathering” ze znajomymi, podbudowa fabularna gry albo elementy kreatywne, czy to w konstruowaniu i byciu specjalista w jednej konkretnej talii (formaty „constructed”), grze taliami skonstruowanymi z świeżo otwartych paczek (tzw. „Limited”) czy przedsmak game designu w postaci budowania własnego formatu rozgrywki (np.”cube”). Jest też sam aspekt kolekcjonerski czy zainteresowanie estetyka rysunków itp. Obecność tak szerokiego wachlarza różnorodnych elementów pozwoliło MtG przetrwać dekady i zwykle powoduje to, że ci, których wciągnie – są wciągnięci głęboko.
Choć żaden z czytelników prawdopodobnie nie uczyni z Magic: the Gatering swojego pomysłu na życie, to grając i tak można skorzystać – poznać nowych znajomych, zyskać hobby lub po prostu – wejść w inny wymiar stymulującej rozrywki.
Foto główne: Paweł Bujanowicz
Konsultacja merytoryczna: Paweł Bujanowicz, Guildmage.pl – Polska strona Magica










