Są zagrożone wyginięciem. Ogrody zoologiczne, w tym wrocławski, starają się, aby nie doszło do tragedii. O życiu w zoo i na wolności pingwinów przylądkowych, o ich ratowaniu na drugim krańcu świata mówi Paweł Borecki, opiekujący się nimi we wrocławskim zoo.

Niemal każdy zna dowcip o tym, że „pingwin to jaskółka, która jadła po 18-tej”. Nie są to jednak tak niezdarne zwierzęta, jak mogłoby się wydawać. Choć na lądzie przemieszczają się trochę niezgrabnie, to jednak w wodzie są jak prawdziwe primabaleriny. Mają niezwykłą technikę pływacką, potrafią wyskakiwać z wody w pełnym pędzie na odległość nawet 180 cm. Natomiast osobniki żyjące w warunkach polarnych, aby szybciej się poruszać, ślizgają się po lodzie na brzuchach.
Pingwiny przylądkowe (tońce) to jedyny gatunek pingwinów zamieszkujący Afrykę, a dokładniej wybrzeża Namibii, RPA i Mozambiku. Nie przeszkadza im, że temperatura w tych miejscach dochodzi do 40 stopni Celsjusza, wręcz przeciwnie – uwielbiają wygrzewać się na słońcu. We wrocławskim ogrodzie zoologicznym tymi zwierzakami zajmuje się Paweł Borecki, który w zoo pracuje już około 10 lat.

To nie są przytulanki
– W sumie sam nie wiem, jak to się zaczęło. Chyba dlatego, że jak tu nie kochać pingwinów: przecież są słodkie i urocze. Poza tym wynikało to z przydziału, który dostałem, i tak już zostało. Nie są to jednak tak słodkie zwierzaki, jak nam się wydaje. Potrafią być charakterne i złośliwe. Trzeba przyznać, że są inteligentne, szybko się uczą i łatwo przystosowują się do nowego środowiska. Rzeczywiście, na lądzie są trochę nieporadne, co wcale nie oznacza, że w ogóle są niezdarne. Potrafią zaufać człowiekowi, ale to nie są przytulanki i czasami trzeba na nie uważać – mówi pan Paweł.

Niestety, pingwiny przylądkowe są zagrożone wyginięciem. Szacuje się, że w ciągu zaledwie 40 lat ich populacja zmniejszyła się o 50 procent. Największym zagrożeniem jest dla nich brak pokarmu oraz degradacja środowiska: wycieki ropy naftowej oraz zanieczyszczenia z platform wiertniczych i statków, a także dryfujące śmieci. Ogrody zoologiczne starają się, aby nie doszło do tragedii, i tworzą hodowle tońców.

Największy w Europie basen mają we Wrocławiu
– W 2014 roku przybyło do nas 55 pingwinów z czterech ogrodów zoologicznych z trzech różnych krajów. Obecnie jest ich u nas 108 i nie są to nowo przywiezione pingwiny, lecz młode. Staramy się zapewnić im najlepsze warunki. Mają duży wybieg oraz największy w Europie basen o objętości 2460 metrów sześciennych i o pojemności ponad 2,5 milionów litrów wody – tłumaczy Paweł Borecki.

– Niektórym zdaje się, że opieka nad zwierzętami polega tylko na karmieniu i sprzątaniu. I rzeczywiście tak trochę jest, jednak my robimy o wiele więcej. Przede wszystkim opiekujemy się nimi, dbamy o ich środowisko, doglądamy, czy wszystko jest w porządku z ich zdrowiem, troszczymy się o młode. Po prostu pomagamy im. Staramy się zapamiętać imię każdego pingwina, jednak co roku przybywa kilkanaście nowych piskląt, więc czasami już nam się wszystko miesza. Można je jednak odróżnić: mają różne wzory na głowach oraz każdy posiada inny układ czarnych kropek na brzuchu – dodaje pan Paweł.

Opiekunowie starają się dogadzać każdemu zwierzakowi z osobna. Jednak gwiazda może być tylko jedna. Wśród pingwinów przylądkowych we wrocławskim zoo jest nią Janush – samica, która przyszła na świat 28 grudnia 2015 roku. Miała problem z wykluciem się, więc opiekunowie pomogli jej wyjść ze skorupy. Później spędzała coraz więcej czasu z ludźmi, praktycznie została przez nich wychowana. Sprawiło to, że Janush uważa się za człowieka. Szybko stała się obiektem zainteresowania ze strony mediów. Samica chętnie pozuje przed kamerą i aparatem, a nawet współpracuje z mikrofonem.

Uratowali 90 000 ptaków morskich
– Janush została wychowana tylko przez ludzi, dlatego śmiejemy się, że jest pół pingwinem, pół człowiekiem. Łatwo przystosowała się do środowiska, jednak jest taką panią kierownik, która ma kontrolę nad wszystkim. Jest uwielbiana zarówno przez media, jak i przez gości zoo. Zazwyczaj nie spędza czasu ze stadem, tylko, tak jak my, przychodzi na zaplecze… do pracy. Jest bardzo odważna i zadziorna, prawie niczego się nie boi. Od jakiegoś czasu ma chłopaka, Alexa, młodszego od siebie, który nie odstępuje jej na krok i kto wie, może niedługo pojawią się pisklęta… – opowiada pan Paweł.

Janush jest ambasadorką pingwinów przylądkowych we wrocławskim zoo oraz dowodem na to, że ludzie starają się pomóc tym zwierzętom, jak tylko mogą. Oprócz ogrodów zoologicznych, wsparcia pingwinom udziela organizacja SANCCOB (Southern African Foundation for the Conservation of Coastal Birds). Powstała w 1968 roku, a założyła ją Południowoafrykańska Rada Weterynaryjna. Dzięki tej organizacji udało się uratować już ponad 90 000 ptaków morskich, w tym pingwinów, których populacja wzrosła o 19%.

Paweł Borecki był na miesięcznym wyjeździe w Afryce. Współpracował tam z innymi wolontariuszami, razem opiekowali się osieroconymi, odrzuconymi lub zbyt późno wyklutymi pisklętami tońców. Miał również okazję nadzorować sztuczną inkubację znalezionych na plaży, porzuconych jaj. Jednak tym, co zrobiło na nim największe wrażenie, było wypuszczanie odchowanych pingwinów na wolność.

Niesamowite przeżycie
– To była podróż pełna doświadczeń i wrażeń, nigdy jej nie zapomnę. Mogłem na własne oczy obserwować naturalne środowisko i życie pingwinów. Przy mnie dorastały i wracały na wolność. Dzięki tej przygodzie wiele nauczyłem się o samych pingwinach, o ich zwyczajach, życiu, o tym, jak się nimi opiekować, i z tą wiedzą wróciłem do Wrocławia. Dzięki temu już wiem, jak jeszcze lepiej zadbać o nasze wrocławskie pingwiny – opowiada Paweł Borecki

– Nie ukrywam, było trudno. To nie jest łatwa praca, jednak bardzo satysfakcjonująca. Codziennie sprawdzaliśmy ich stan zdrowia, karmiliśmy, inhalowaliśmy, rehabilitowaliśmy i sprzątaliśmy. Mieliśmy pod opieką pisklęta pingwinów przylądkowych i naszym zadaniem było dać im to, czego rodzice nie byli w stanie im dać, czyli szanse na przetrwanie. W takim miejscu wszystko wygląda inaczej, trzeba mieć w sobie dużo siły i silnej woli oraz pamiętać, dlaczego zdecydowało się podjąć to wyzwanie. Najlepszym uczuciem było patrzenie, jak wracają do swojego naturalnego środowiska. To niesamowite przeżycie. Chciałabym mieć jeszcze możliwość znów tam pojechać i ponownie to przeżyć – kończy pan Paweł.

Niewiele mówi się o pingwinach, zwłaszcza o pingwinach przylądkowych. Mimo wszelkiej pomocy nadal pozostają zagrożonym gatunkiem. Można je wspomóc nie tylko finansowo, przekazując darowizny na fundację SANCCOB, lecz również przez symboliczną adopcję piskląt (https://sanccob.co.za/). Pingwiny to nie przytulanki, jednak potrzebują wsparcia, gdyż czasami bez pomocy człowieka po prostu nie przetrwają. Dzięki takim ludziom jak Paweł Borecki ich sytuacja z roku na rok będzie coraz lepsza.