Co zmieniłby w Śląsku? Dlaczego unika spacerów po Wrocławiu? Co różni Śląsk od Lecha Poznań i Zagłębia Lubin? Skąd bierze się niska frekwencja na Stadionie Miejskim? Z Janem Urbanem, byłym trenerem piłkarzy Śląska Wrocław, rozmawiają Artur Heliak i Paweł Pluta.
Pańskie ulubione miejsca we Wrocławiu?
Bardziej jestem domatorem. Wiem, że jestem rozpoznawalny i nie czuję się swobodnie, komfortowo, więc może wynika to też z tego, że nie lubię chodzić po mieście tu czy tam. Oczywiście sam chciałem i zobaczyłem np. Rynek, który we Wrocławiu jest bardzo ładny, czy przyjemny Ostrów Tumski. Zdarza się, że w odwiedziny przyjedzie ktoś z rodziny i wtedy też pokazuję przede wszystkim właśnie Rynek. Ponieważ jeszcze zostanę we Wrocławiu, to na pewno nadrobię stracony na zwiedzanie czas, bo wiem, że jest tutaj co oglądnąć i że jest to warte zobaczenia.
Co zmienił w Pańskim postrzeganiu Wrocławia ponadroczny pobyt w tym mieście?
Na pewno jest to fajne miasto do zamieszkania. Atmosfera na Rynku, dużo rzek, kanałów, parki – to naprawdę ładne miasto. Kolejną rzeczą, która dla przyjezdnego jest szalenie ważna, to dobre skomunikowanie Wrocławia. Samochodem można w miarę szybko dotrzeć np. do Pragi czy do Niemiec. Jeśli chodzi o lotnisko, to do dyspozycji są połączenia praktycznie z całą Europą. Ostatnio nawet mam połączenie z Niemiec do Pampeluny (tam na stałe mieszka Jan Urban – przyp. red.), więc z Wrocławia lecę tam z przesiadką w sumie 5 godzin, co jest bardzo komfortowe. I co zauważalne we Wrocławiu – tutaj słońce częściej świeci i jest o parę stopni Celsjusza więcej niż w pozostałych regionach kraju.
Pracował Pan zarówno we Wrocławiu, jak i w Poznaniu. Jak porównałby Pan te dwa miasta, które bardzo często są obiektem porównań?
Często rozmawialiśmy na ten temat w gronie mojego sztabu szkoleniowego, z którym pracowałem zarówno w Lechu, jak i w Śląsku. Jednym bardziej podobał się Poznań, innym Wrocław. Są to dwa nowoczesne miasta. Zarówno jedno, jak i drugie jest przyjemne do życia, do mieszkania. Poznań też jest dobrze skomunikowany, choć już stamtąd w moje strony znacznie dalej. Tak bym to ujął.
Bardzo dyplomatyczna odpowiedź.
Sam tak dobrze nie znam obu tych miast, bo moje codzienne życie zazwyczaj odbywa się na trasie klub – dom, dom – klub. Gdy zaś jest chwila wolnego, to jedzie się do rodziny czy zobaczyć jakieś nowe, ciekawe miejsce. A miasto, gdzie aktualnie człowiek pracuje, zostawia się sobie na później. Mówi się sobie: poznam je jeszcze, później, aż potem nagle nie ma już czasu, bo człowiek straci pracę i wszystkiego nie jest w stanie zobaczyć.
Fajni ludzie mieszkają zarówno w Poznaniu, jak i we Wrocławiu. O poznaniakach mówią, że są bardzo oszczędni i to da się odczuć, ale czułem się dobrze w jednym i w drugim mieście. To zapewne można by powiedzieć też o Krakowie i Gdańsku, bo są to także miasta, które warto zwiedzić, jeśli ktoś przyjeżdża do Polski.
Który z młodych piłkarzy Śląska wpadł Panu w oko, kto ma największy potencjał?
Fajnie wykorzystał swoją szansę Sebastian Bergier (18 lat – przyp. red.), gdy zagrał w Warszawie przeciwko Legii (Śląsk przegrał 1:4 – przyp. red.) od początku meczu. To nie jest łatwa sprawa w takim pojedynku, a przecież zaliczył asystę przy golu Roberta Picha. Miał też doskonałe podanie do Jakuba Koseckiego, po którym ten doszedł do sytuacji sam na sam z bramkarzem. To jest budujące, bo jeśli na tak trudnym terenie tak młody zawodnik jest w stanie zrobić takie rzeczy, to znaczy, że dobrze kontroluje swoje emocje, potrafi zapanować nad presją czy odpowiedzialnością. Jeśli takie rzeczy się posiada, to znaczy, że można robić piłkarską karierę. To nie przypadek, że mówi się, iż w piłce najważniejsza jest głowa, bo rzeczywiście tak jest.
Co najbardziej Pana irytowało, przeszkadzało w pracy we Wrocławiu?
Pech, który nas prześladował. Zdawałem sobie sprawę, że mamy drużynę złożoną z wielu nowych zawodników. Nie miałem zamiaru prosić o więcej. Nie spodziewałem się jednak, że te kontuzje tak mocno nas przetrzebią. Oczywiście kontuzje to w piłce nożnej normalna rzecz. Ale tak poważne urazy i u tylu piłkarzy, to już nie jest rzecz normalna. To odbiło się na potencjale i formie całego zespołu. Do tego doszły jeszcze lżejsze kontuzje plus absencje za kartki i trzeba było na siłę sztukować skład, przestawiać zawodników na inne pozycje, na których wcześniej nie grali.
Gdyby mógł Pan w Śląsku zmienić jedną rzecz, co by to było?
Zmieniłbym właśnie to, czyli… chciałbym mieć do dyspozycji wszystkich zawodników, a wtedy przekonalibyśmy się tak naprawdę o potencjale tego zespołu. Inaczej pracuje się, gdy ma się do dyspozycji wszystkich piłkarzy. Oczywiście z młodych zawodników można korzystać, ale gdy jest ich za dużo na treningach, to jego jakość spada. Brak rywalizacji powoduje, że piłkarz wie, że jest pewniakiem do składu. Natomiast gdy czuje, że ma konkurenta, to jest w stanie wykrzesać z siebie więcej.
Natomiast w klubie nie zmieniłbym nic. On funkcjonuje jak funkcjonuje. Jest własnością miasta, a myślę, że próby sprzedaży w końcu się powiodą, bo tak powinien funkcjonować klub piłkarski. A takie miasto jak Wrocław powinno mieć mocny klub, w rękach prywatnego właściciela. Co oczywiście nie przeszkadza, że miasto zawsze może pomóc.
Pracował Pan m.in. w Zagłębiu Lubin, Lechu Poznań i Śląsku Wrocław. Jak porównałby Pan organizacyjnie te kluby?
Jedyna różnica między nimi to przede wszystkim infrastruktura. Chodzi mi o możliwość treningów w jak najlepszych warunkach i wcale nie mówię tutaj tylko o pierwszej drużynie. Najlepszą bazę ma Zagłębie Lubin, bo to dość nowy ośrodek. Lech Poznań też ma dobre warunki, bo obok stadionu są dwa boiska trawiaste i jedno ze sztuczną murawą, no i nie zapominajmy o całej bazie, jaką mają w pobliskich Wronkach. We Wrocławiu zaczyna się mówić, choć nie wiem, na ile będzie to zrealizowane, że taka baza musi powstać. Teraz ta wrocławska młodzież, która chce trenować pod szyldem Śląska, musi jeździć po całym mieście, by trenować. A tych chłopaków będzie coraz więcej, bo praca Tadeusza Pawłowskiego w akademii piłkarskiej Śląska zaczyna przynosić efekty i myślę, że te działania będą kontynuowane.
Dlaczego we Wrocławiu na mecze Śląska przychodzi mniej kibiców (średnia 12 684) niż np. w Poznaniu na Lecha (średnia 18 968) i czy jest sens wydać prawie miliard złotych na stadion, a walczyć potem o miejsca 9-16?
Polski kibic preferuje zwycięzców. Kibicuje tym, którzy walczą o najwyższe cele. Stąd małyszomania, stochomania czy kibicowanie siatkarzom albo piłkarzom ręcznym, gdy ci odnosili wielkie sukcesy. Jeśli więc drużyna będzie grała o najwyższe cele, kibiców będzie więcej, choć może nie aż tylu, by zapełnić tak duży stadion, jak we Wrocławiu (44 tysiące miejsc – przyp. red.). Nie oszukujmy się: poziom naszej ekstraklasy nie jest najwyższy, choć rywalizacja jest wyrównana i ciekawa. Stąd na wielu nowych stadionach w Polsce atmosfera jest fajna, natomiast jeśli nie będzie wyniku, to kibic nie da się oszukać. U nas nie ma takiej mentalności, że kupię karnet na cały sezon, a jak nie idę na mecz, to dam go znajomemu czy komuś z rodziny. Bardziej preferuje się wyjście na jakiś konkretny mecz.
Ale przecież w 2012 roku stadion we Wrocławiu był gotowy na Euro, a Śląsk został mistrzem Polski. Czego więc zabrakło, by zapełnić trybuny?
Zgadza się. Ten sukces nie został do końca dobrze wykorzystany, a potem Śląsk zaczął spadać w tabeli coraz niżej. Pojawiły się jakieś długi, odbijało się to na potencjale drużyny. Kibic też jest świadom takich rzeczy i mówi sobie, że nie ma na co iść lub wybiera konkretny mecz w sezonie.
Wróćmy do akademii piłkarskiej Śląska. Czy to de facto tylko nazwa, czy akademia z prawdziwego zdarzenia?
To wszystko zaczyna funkcjonować normalnie. Drużyna w Centralnej Lidze Juniorów jest liderem. Natomiast tak blisko samej akademii nie byłem, bo te wszystkie inne drużyny, poza rezerwami, nie grały przy ul. Oporowskiej. One na co dzień trenują tam, gdzie mogą, jeżdżą po całym Wrocławiu w zależności od tego, gdzie są wolne boiska. Radzą sobie jak mogą. Jednak normalnie funkcjonujący klub, tym bardziej w tak dużym mieście, jak Wrocław, powinien mieć swój ośrodek treningowy. Być może coś będzie można zrobić przy ul. Oporowskiej. Tam można by zagospodarować ten cały wał, być może powstanie boisko ze sztuczną murawą. Zobaczymy…
Czy ma Pan jeszcze zamiar pracować w Polsce, czy wraca do Pampeluny?
Trudno powiedzieć. Muszę się oswoić z obecną sytuacją, bo nie spodziewałem się, że zostanę zwolniony już po dwóch tegorocznych meczach, w tym z Legią. Myślałem, że jeszcze popracuję, bo nie poddałem się, jeśli chodzi o pierwszą ósemkę w lidze. Jakiś plan na to miałem. Stało się jednak tak a nie inaczej i trzeba się z tym pogodzić. Przecież wiadomo, że klub podjął taką decyzję tylko i wyłącznie po to, aby było lepiej. Postawił teraz na ludzi związanych z tym klubem (trenerem Śląska został ponownie Tadeusz Pawłowski – przyp. red.), którzy przeżyli w Śląsku wiele wspaniałych lat swojej kariery, którzy mieszkają tutaj na co dzień. Oby wszystko im się poukładało i poszło w jak najlepszym kierunku.
Jan Urban
Urodzony 14 maja 1962 roku w Jaworznie. Jako piłkarz trzykrotnie zdobył mistrzostwo Polski z Górnikiem Zabrze. Występował też w Victorii Jaworzno, Zagłębiu Sosnowiec, Osasunie Pampeluna (w 1990 roku strzelił 3 gole Realowi Madryt na jego stadionie, a jego zespół wygrał 4:0), Realu Valladolid, Toledo, VfB Oldenburg. 57 razy zagrał w reprezentacji Polski, dla której zdobył 7 bramek (uczestnik MŚ 1986).
Jako trener pracował m.in. w Hiszpanii oraz w Polonii Bytom, Zagłębiu Lubin, Legii Warszawa (mistrzostwo Polski 2013), Lechu Poznań i Śląsku Wrocław (od 5.01.2017 r. do 19.02.2018 r.). Był też asystentem Leo Beenhakkera w reprezentacji Polski.




