Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo – tę maksymę prawdopodobnie powtarzają ludzie, którzy nigdy nie jedli pączków z Trumienki, albo nie byli na lodach w Romie. Najlepsze rzeczy są kosztowne – wymagają od nas nakładów finansowych, ale częściej – inwestycji czasu, refleksji i kształtowania swoich własnych postaw. Opowiem Wam o kilku „prezentach” za które nie zapłacicie monetami, ale mogą dać dziecku więcej korzyści niż najfajniejsza zabawka. Dziś będzie o pocieszaniu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że do świadomości przebija się teraz rodzicielstwo bliskości. Że może nie robimy już tego, co robiły nasze mamy, ciotki czy sąsiadki. Choć przyznam, że słyszałam TEN tekst kilka razy w przeciągu ostatniego roku, i za każdym razem coś mnie w środku ściska.

Dzieciak wyglebał się na beton, stłukł kolano, obdarł ręce, przybiega do rodzica z płaczem, i pada wtedy znany nam wszystkim z dzieciństwa tekst: PRZECIEŻ NIC SIĘ NIE STAŁO. Albo w innej wersji: NIE PŁACZ, NIC CIĘ PRZECIEŻ NIE BOLI. To jest koszmar, a nam się wydaje, że dobrze robimy.

Przenieśmy to dla zabawy na grunt ludzi dorosłych:

Miałem naprawdę fatalny dzień w pracy – części nie dojechały, klient wściekły, a ja muszę świecić oczami za czyjąś niekompetencję.

Daj spokój, nic takiego się nie stało. Histeryzujesz.

Albo w wersji przyjaciółkowej:

Jest mi naprawdę przykro, bo mieliśmy się spotkać, a on olał.

Nie powinno ci być przykro. To nie jest powód, żeby się okropnie czuć.

Czy my, dorośli, tak do siebie mówimy? Jasne, że tak. Czy to jest fajne? No nie jest.

Buziak w miejsce, które boli najbardziej

I nasze dzieci też tego nie lubią. Jak się uderzymy to nas boli, jak coś nie idzie w pracy to jesteśmy źli, a jak ktoś nas olewa to jest nam przykro. To są uczucia, które się pojawiają, i niewiele jesteśmy na to w stanie poradzić. Odczuwanie – czy to emocji, czy też fizycznego bólu jest faktem, to się po prostu dzieje. Negowanie przeżyć drugiego człowieka niewiele tutaj pomoże. On nie przestanie się źle czuć dlatego, że powiemy mu, że nie powinien. Wręcz przeciwnie. Stary sobie poradzi – straci do nas trochę sympatii, więcej nie przyjdzie się wyżalić, napije się wina i mu przejdzie. Z dziećmi gorzej – co sobie młode pomyśli, jeśli go coś boli, a rodzic mówi, że nie, przecież nie boli? Albo, że nic się takiego nie stało? A on przecież cierpi.

Być może pocieszanie płaczącego dziecka budzi w nas lęki, że wychowamy je na „mięczaka”. Jest w nas strach, że jeśli będziemy pochylać się nad każdym płaczem dziecka, to je osłabi, a nie wzmocni. Używam dość neutralnego sposobu w jaki można zareagować.

Gdzie cię najbardziej boli? – to pytanie, które zadaję swoim dzieciom, kiedy przychodzą z płaczem, bo im się coś stało. Nie wartościuje, nie mówię, że dziecko coś powinno, albo nie powinno czuć, a jednocześnie daję pole, aby młode opowiedziało o swoich smuteczkach. Pytam o coś, co jest stanem faktycznym – bo coś boli, nie wiemy czy mocno, czy nie, ale boli. Plusem jest też to, że mamy okazję sprawdzić wskazane miejsce, bo może faktycznie stało się coś poważniejszego. Do tego przytulas, buziak w bolące miejsce, i zwykle po kilku minutach dziecko jest gotowe do dalszej zabawy.

Nie musi się dopominać o opiekę, zainteresowanie. Nie słyszy negacji swoich uczuć.

Typkowi „nic się nie stało” towarzyszy zwykle równie ponury bliźniak: „trzeba było nie biegać, to byś się nie przewrócił” – jest w tym jakaś ponadczasowa prawda, ale naprawdę chcemy, żeby nasze dziecko nie biegało?

No tak, jak człowiek biega, to czasami się przewróci” – niby to samo, ale brzmi trochę lepiej, zgadzacie się? A zakończyć można ładnym: „Jesteś już gotowa, żeby iść się dalej bawić?”. Bo dziecko musi biegać, wywracać się, i sprawdzać, czy ma ochotę na potencjalnie ryzykowne rzeczy wiedząc, jakie są ich konsekwencje. Czasami poobdziera sobie kolana, czasami narobi siniaków, ale tak długo, jak nie przewidujemy poważnych konsekwencji tego, co robią – powinniśmy je zachęcać to „ryzykownej” aktywności. A potem opiekować się małymi ludźmi, jeśli coś im się stanie. Ze spokojem i uśmiechem.

Ewentualnie, jeśli rajcuje nas twardsze postępowanie z młodocianymi, możemy zainspirować się podejściem pewnego znanego wiedźmina…

– Ćwiczyłam piruet w skoku i mi nie wyszło. Od tego ten siniak. Bo uderzyłam się o słupek
– I leżałaś dwa dni? Mając kłopoty z oddychaniem? Bóle?
– Wcale nie. Coen rozmasował mnie i zaraz wsadził znowu na grzebień. Tak trzeba, wiesz? Inaczej złapiesz lęk.
– Co?
– Złapiesz lęk – powtórzyła dumnie Ciri i odgarnęła z czoła popielatą grzywkę. – Nie wiesz? Nawet gdy ci się coś stanie, to trzeba zaraz znowu na przyrząd, bo inaczej będziesz się bać, a jak się będziesz bać, to guzik ci wyjdzie ćwiczenie. Rezygnować nie wolno. Geralt tak powiedział.

Andrzej Sapkowski, „Krew Elfów”

Prawdopodobnie nie chcemy wychowywać dzieci na zabójców potworów. Myślę jednak, że w walce z przeciwnościami, które napotkają w codziennym życiu przyda im się wiara, że mają prawo czuć to, co czują i że znajdzie się ktoś, kto ich wesprze. A jeśli my – rodzice – będziemy wspierać ich mądrze to i może nie będą musli szukać, bo będą miały w sobie bardzo dużo siły i zaufania. Do tego wszyscy powinniśmy dążyć.

Foto główne:

Obraz Michal Jarmoluk z Pixabay