Wrocław to miasto fascynujące. Miasto imigrantów. Tuż po zakończeniu działań wojennych zaczęli ściągać tutaj ludzie z odległych stron, syberyjscy nędzarze, górnicy z kopalń Alzacji, Lotaryngii i Zagłębia Ruhry, niedobitki Wołynian, wysiedleńcy z Podola i Wileńszczyzny, uratowani z rzezi powstania warszawiacy i tak zwani Jugole z Półwyspu Bałkańskiego. Moja rodzina zamieszkała tutaj w 1950 roku.

Stanisław Szelc felieton

Fot. Kazimierz Besz

Była nas czwórka. Mama, dwie siostry (jeszcze żyją, więc nie będę ryzykował określenia „starsze”) i jako jedyny mężczyzna, ja, niżej podpisany. Byliśmy syberyjskimi zesłańcami. Ojciec zginął w obozie Karaganda-Dżeskazgan, mój nastoletni brat poszedł na wojnę z armią Generała Andersa i zniknął. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że został ciężko ranny pod Monte Cassino, ale przeżył.

Nasz pierwszy adres to ulica Zyndrama z Maszkowic, obecnie wcale elegancka, wtedy enklawa biedy i brudu. Zrujnowane kamienice zamieszkiwali Romowie, ubogie żydowskie rodziny oraz niezwyciężone legiony pluskiew i szczurów. Moimi serdecznymi kumplami byli Olek Rozenfeld, późniejszy poeta, i Artur Szyling, w przyszłości mistrz bokserski. Solidarnie grzebaliśmy w gruzach w poszukiwaniu broni (że też wtedy nie wylecieliśmy w powietrze) i polowaliśmy na szczury, co było zajęciem mało ambitnym, bo jak wspomniałem szczury były wszędzie.

W lecie, powodowani głupotą, usiłowaliśmy się utopić w Odrze, która wówczas była bardzo głęboka. Tamże po raz pierwszy doznałem brutalności reżymu, w postaci aresztowania i osadzenia w kazamatach Komendy MO, przy ulicy Księcia Witolda. Patrol milicyjnych siepaczy zaskoczył mnie i Artura na zjeżdżaniu po prętach zbrojeniowych zburzonych budynków. Po zatrzymaniu Artur, późniejszy bokser, cały czas ryczał, natomiast ja recytowałem (z pamięci, którą wówczas jeszcze miałem) Panią Twardowską Mickiewicza, ku zdumieniu milicjantów. Pamiętam do tej pory, jak jeden z nich,pośrednio mnie elegancko skomplementował mówiąc  „patrzcie chłopaki, taki zasrany szczyl, a tyle umi”. Tak właśnie powiedział „umi”, co uświadomiło mi, że również był imigrantem.  W końcu i ja, znudzony własnym kunsztem recytatorskim, zacząłem ryczeć, co spowodowało nasze zwolnienie. Natychmiast pobiegliśmy zjeżdżać po drutach zbrojeniowych. Olka Rozenfelda z nami nie było, gdyż prawdopodobnie w tym czasie się uczył. Czego, nie wiem, ale to piekielnie inteligentny oryginał.

Dlaczego Wrocław jest ,,najpiękniejszym miastem świata”?

Okruchy pamięci Stanisława Szelca

Po co ja to wszystko nieskładnie wypisuję? Ano po to, żeby różnej maści ksenofobom uświadomić, że strach przed  imigracyjną zarazą, grożącą nam, jak bredzi klasyk, „różnymi chorobami i robactwem”, jest równie śmieszny, jak ich marsze i buńczuczne, pseudopatriotyczne manifesty. W Europie, w której wreszcie odnaleźliśmy należne nam miejsce, od Pirenejów do Uralu nie ma, głuptaski, czystej rasy. Duży w tym udział miały pętające się po kontynencie hordy wojskowe, w czasie wolnym od wzajemnego zabijania zajmujące się rabunkiem i banalnymi gwałtami. Ostatnie dwie wojny są tego żywym przykładem.

Złośliwie dodam, że zapalczywiec podpalający papierową kukłę Żyda, spostponował własnego przodka. Osobiście jestem dumny, że moje miasto skutecznie sobie z tym problemem poradziło. A tak przy okazji przypominam – w wojnie  1939 roku, w obronie naszej Ojczyzny, ramię w ramię walczyli katolicy, prawosławni, Żydzi, ba, nawet Tatarzy oraz, niektórzy się zdziwią, Niemcy.

Przeczytaj poprzedni felieton autora.

Stanisław Szelc dla Wroclife: Co mnie boli?

I tak na koniec. Miałem to szczęście, że w swoim długim życiu poznałem mądrych ludzi. Polskiego nauczała mnie Pani Irena Kamola, która pobłażliwie traktowała moją młodzieńczą fascynację postacią Che Guevary „pamiętaj Stasiu, każdy fanatyzm jest ćwierćinteligentny”. No i Stasio, chociaż już stary, pamięta…