W powiecie wołowskim mają m.in. kolonię susłów moręgowanych w Głębowicach, kopce po wypale żelaza przez Celtów w Tarchalicach, schron przeciwatomowy w zamku w Wołowie i relikty pierwszej w świecie cukrowni buraczanej w Konarach. Ale nic to przy Lubiążu.
Z tutejszym opactwem cystersów wielkością i wspaniałością równać może się jedynie hiszpański Eskurial. Ale Lubiąż to też wielkiej urody kościół parafialny na wzniesieniu na krańcu wsi, studnia św. Jadwigi, barokowe rzeźby kalwarii biegnącej między opłotkami, obłędny zakład psychiatryczny i opowieści o podziemnych tunelach. Tyle, że turyści na ogół mało o tym wiedzą lub nie wiedzą nic.
I pomyśleć, że atrakcjami Lubiąża można by obdzielić kilka miejscowości. Są wreszcie szanse, że trafi do turystycznej pierwszej ligi. Fundacja Lubiąż zapowiedziała, że przekaże byłe opactwo państwu (porozumienie podpisano w tym roku). Przed laty od państwa go dostała. Powszechnie uważa się, że zrobiła wiele, przede wszystkim nakryto cały kompleks klasztorny nowym dachem. Zabezpieczono też pałac opata. Zapowiedziano, że dawny blask odzyska zrujnowana po II wojnie światowej biblioteka, ale wielu straciło już na to nadzieję. Pozostaje więc widok biblioteki na starych zdjęciach. W kasie fundacji dawno pokazało się dno i szefostwo postanowiło złożyć broń, bo bez pieniędzy nic nie wywalczy. Z pustego i Salomon nie naleje, a sama wieś rękami społeczników ma za małą siłę przebicia.
Oczy wyobraźni widzą śląskiego Rembrandta
Do dawnego kościoła opackiego turystów się wpuszcza. Widzą gruzowisko. Tylko oczyma wyobraźni można zobaczyć więc wspaniałe stalle (po II wojnie światowej pocięto je piłami), kratę w prezbiterium (wspaniała kowalska robota), ołtarze z obrazami śląskiego Rembrandta, jak nazywano najwybitniejszego śląskiego malarza doby baroku Michaela Willmanna. Mecenat państwa daje nadzieję na pieniądze, które zabliźnią powojenne rany i sprawią, że przywożąc gości do Lubiąża, przestaniemy się wstydzić.
Ale można też poczuć dumę, widząc sale pałacu opata, zwłaszcza Salę Książęcą. Toż to najwspanialsze barokowe reprezentacyjne pomieszczenie na Śląsku – twierdzą Bogusław Czechowicz i Izabela Żak w opracowaniu „Dolny Śląsk. Zabytki” (Bydgoszcz 2001). Powstało w latach 1734-1738. Zajmuje całą wysokość skrzydła. Wystrój narracyjnie prezentuje program ideowy wyrażający apoteozę wiary katolickiej oraz gloryfikację dynastii habsburskiej identyfikowanej z cesarstwem.
Sam zaś klasztor w Lubiążu to największe opactwo cystersów w Europie Środkowej. Powstało dzięki fundacji księcia piastowskiego Bolesława Wysokiego (1175 r.). Składają się nań m.in. kościół opacki NMP, pałac opatów, budynek klasztoru (klauzura), budynki gospodarcze i kościół św. Jakuba będące owocem gruntowej przebudowy średniowiecznego założenia. Przy czym zachowano gotycki kościół opacki, dostosowując do niego zespolony z nim barokowy budynek klasztoru. Sprowadzeni do Lubiąża przez księcia Bolesława Wysokiego cystersi przybyli z saskiej Pforty i dzięki swojej pracowitości oraz zmysłowi organizacyjnemu stworzyli istne imperium gospodarcze. Inaczej nie oglądalibyśmy Lubiąża w tak wspaniałym kostiumie.
Obłędny szpital psychiatryczny
W 1810 roku klasztor skasowano, a potem umieszczono w nim zakład psychiatryczny. Zwykli chorzy zamieszkali w dawnych celach zakonników, ci z tytułami arystokratycznymi w byłym pałacu opata. Chorym z dolegliwościami psychicznymi było pewnie wszystko jedno, w obiekcie o jakim standardzie mieszkają, ale personel zaczął marzyć o szpitalu, który spełni w pełni ich oczekiwania. Marzenie się spełniło. Nowoczesny, jak na tamte czasy, zakład psychiatryczny powstał z czasem w drugim krańcu Lubiąża.
Tuż przy bramie zwraca uwagę willa o wspaniałym secesyjnym kostiumie; za nią jest niewielki pawilon, w którym przyjmuje się chorych do szpitala. Pośrodku kompleksu znajduje się budynek sali teatralnej, a wokół niego rozlokowanych jest szereg budynków. W wielu przypadkach zachwyca ich detal. Na modernizację szpitala zawsze brakowało pieniędzy, co historyków sztuki cieszy, bo cały kompleks zachował się w stanie pierwotnym. Zasługuje w pełni na ochronę konserwatorską. Cicho tutaj, spokojnie, jak w uzdrowisku. Wrażenie to burzy jednie pawilon z zakratowanymi oknami i otoczony wysoką siatką, w którym – jak poinformowali mnie usłużnie miejscowi – przebywają „podopieczni” sądów.
Okradli Jezusa
Niestety, nikogo nie skazano za rozbiórkę stacji kalwaryjskich w lasku św. Jadwigi. Tuż po II wojnie światowej rozebrali ją pracownicy przybyli do tutejszego PGR-u i pobudowali z nich kurniki, a według innej wersji – chlewiki. Kaplice były barokowe, pierwsza z monogramem opata, identycznym jak na wspaniałej kaplicy w centrum Lubiąża. Prowadzi od niej miejscowa kalwaria; w centrum wsi przy jednym z domów zachowała się barokowa figura „Ecce Homo”. Dwa flankujące ją putta skradziono, ale Stowarzyszenie Lubiąż zleciło wykonanie ich kopii. Tak aniołowie ponownie zaczęli towarzyszyć umęczonemu Jezusowi.
Maciej Nejman, starosta wołowski, prywatnie mieszkaniec Lubiąża, należy do grupy, dzięki której aniołowie powrócili. Zapowiada, że odbudowane zostaną też kaplice w lasku św. Jadwigi. To ważne miejsce dla Lubiąża. Stąd pobierał wodę klasztor i długo potem szpital psychiatryczny (teraz ma inne ujęcie). Woda płynęła grawitacyjnie. Warto tutaj też zawitać, bo na skraju lasku jest studnia św. Jadwigi i widać stąd panoramę okolicy, co daje orientację, jak cystersi wykorzystali przed wiekami dyspozycję miejsca. Otóż w przestrzeń publiczną wprowadzili elementy pasyjne, wykorzystując górzyste ukształtowanie okolicy. Tak więc niedaleko lasku św. Jadwigi na wzniesieniu stanęły trzy krzyże, niczym na Golgocie. Z dala widać też kościół parafialny, notabene nie ustępujący kostiumem i wystrojem kościołowi opackiemu. Cystersi w okresie kontrreformacji po mistrzowsku sakralizowali przestrzeń publiczną, akcentując katolickie prawdy wiary.
Odkrywco, przybywaj!
Do kościoła parafialnego warto podejść nie tylko dlatego, by nasycić oczy doskonałą architekturą. To miejsce jest nośnikiem wielu tajemnic. Obok kościoła pochowano m.in. robotników przymusowych i Niemca, którego żołnierze sowieccy nagabywali, by zdradził im, gdzie jest wejście do fabryki pod klasztorem. Nie zdążył nic powiedzieć, bowiem rano znaleziono go w jego łóżku martwego.
– Niemcy podali mu jakieś leki i już się nie obudził – opowiada pewna kobieta napotkana na cmentarzu, opiekująca się m.in. grobami robotników przymusowych. – Pochowali go w grobie przy kościele. Z tabliczki wynika, że leży w nim kobieta. To krewna tego Niemca. On nawet tabliczki nie dostał. Ja tu w Lubiążu byłam już w 1945 roku i wszystko widziałam. W szpitalu psychiatrycznym był szpital dla ruskich czołgistów, a w tym wielkim klasztorze trzymali swoich chorych weneryków i żołnierzy w ramach kwarantanny, którzy wracali z części zachodniej frontu. Sprawdzano, czy nie zostali „zainfekowani” kapitalizmem. Z klasztoru idzie tunel na wzgórze trzech krzyży.
O tunelach pod Lubiążem opowiada też wiele innych osób. Tyle że każdy lokuje je gdzie indziej. Ta wieś naprawdę czeka na odkrycie.
MAREK PERZYŃSKI


