Pisał bloga o Wrocławiu fantastycznym, teraz fotografuje syrenki, wiedźminów i postapokaliptyczny świat. Rozmawiamy ze Zbyszkiem Krukowskim, fotografem wrocławskich cosplayerów.

Jesteś autorem bloga „Wrocław fantastyczny”, a obecnie zajmujesz się fotografią lokalnych cosplayerów. Czy fantastyka to jeszcze hobby czy już zawód?

Zdecydowanie hobby. Zawodowo zajmuję się bardziej czymś z pogranicza współczesności i science fiction: do niedawna była to automatyka i robotyka, czyli programowanie maszyn w fabryce, obecnie jestem inżynierem przemysłowego internetu rzeczy. Czasami, pytany czy bunt maszyn jest możliwy, mówię, że tak – to dzięki temu mam pracę.

Jaka opowieść związana jest z powstaniem bloga „Wrocław fantastyczny”?

To historia odnajdywania siebie w nowym, i obcym mi mieście, jakim był Wrocław, gdy już w nim zamieszkałem. Próby odnalezienia miejsc opisanych w książkach były sposobem poznawania miasta, a z czasem – także poznawania nowych ludzi. Oczywiście, powodzenie tego projektu zależało od tego, czy ostatecznie zamieszkam we Wrocławiu czy np. Poznaniu – ale gdzieś w którymś momencie w pociągu uznałem, że gdyby się udało z Wrocławiem byłoby… fantastycznie! No i się udało.

Na blogu opisujesz między innymi, miejsca w których rozgrywa się fabuła książek i opowiadań o Wrocławiu, głównie fantastyki. Które książki koniecznie powinniśmy przeczytać?

Pierwsza, która mi się nasuwa na myśl, to „Apokalipsa według Pana Jana„, autorstwa Roberta J. Szmidta. To już klasyk. Do tego kolejny wrocławianin – Andrzej Ziemiański – choć tutaj nie wiem czy bardziej polecałbym „Autobahn nach Poznań” czy „Legenda, czyli Pijąc wódkę we Wrocławiu”, ze zbioru opowiadań „Zapach szkła”. A wszystko okraszone zombie-apokalipsą „Szczury Wrocławia” , która jest równocześnie uhonorowaniem wrocławskiego i ogólnopolskiego fandomu – to znów Robert J. Szmidt. Tym, co przekładają efekty wizualne nad słowo pisane – film Test Pilota Pirxa, kręcony dekady temu we Wrocławiu. I teledysk L.U.C.a – Kosmostumostów.

Są jakieś szczególnie fantastyczne miejsca w mieście?

Szczególnie fantastyczne miejsca… każdy może wybrać swoje. Chyba każde miejsce we Wrocławiu zostało gdzieś opisane. Nawet blokowiska Różanki czy młodziutki SkyTower… Jednak moją pierwszą rekomendacją będzie zamek w Leśnicy za organizowane konwenty, a drugą raczej mało znany okrągły kościółek na Jedności Narodowej – ze względu na historię opisaną w Legendzie.

Najpierw pisałeś o smokach w mieście a teraz fotografujesz syrenki w Czernicy, za tym też pewnie stoi jakaś historia.

Pisząc o wrocławskiej fantastyce, trafiłem do zamku w Leśnicy, na swój pierwszy konwent. Była to druga edycja nie istniejącego już Tatooine, konwentu o gwiezdnych wojnach. Tam zrobiłem swoje pierwsze zdjęcia cosplayowe. I tak odnajdywanie miejsc z książek zaczęło się przeplatać z konwentami, chociażby z Dniami Fantastyki, obecnie moją obowiązkową pozycją w kalendarzu. Później był pierwszy LARP na którym robiłem zdjęcia, jeździłem na kolejne konwenty nie tylko na Dolnym Śląsku, na plenery grupowe w Warszawie czy Krakowie… Czasem ciężko było znaleźć wytłumaczenie czemu na blogu z Wrocławiem w nazwie wrzucam zdjęcia z miejsc odległych o setki kilometrów. Skończył się też zapas ciekawych miejsc – fajnie pisać o Hali Stulecia, czy wieży ciśnień na Hallera, ale już ciężko ciekawie opisać plac jakiejś hurtowni tylko dlatego, że któremuś z bohaterów akurat szło się tym miejscem. No i nauczyłem się, że internet „nie lubi” długich nazw – a Wrocław Fantastyczny to aż 20 liter. 6 sylab. Można zasnąć zanim skończysz to wymawiać. To wszystko sprawiło, że porzuciłem bloga o fantastycznym mieście, a stworzyłem fanpage o zwięzłej nazwie: Okiem Kruka.

Na którym znajdują się teraz moje ulubione syrenki, a także inne fantastyczne stwory. Czym jest cosplay i LARPy?

Cosplay to próba odtworzenia wyglądu postaci z ulubionych filmów czy gier, poczynając od stroju poprzez makijaż, itp. Z kolei LARP to gra terenowa, w której gracze wcielają się w wymyśloną przez siebie postać i ją odgrywają. Żeby bardziej odczuć klimat, gracze też ubierają strój pozwalający im maksymalnie upodobnić się do granej postaci. Tak więc granica pomiędzy larpowiczem a cosplayerem jest dosyć płynna – zwłaszcza że środowiska te wzajemnie się przenikają i niejeden cosplayer larpuje, a niejeden larpowicz cosplajuje. Tak więc to, czy ktoś jest cosplayerem czy larpowiczem to często bardziej kwestia tego, od czego zaczynał swoją zabawę ze strojami.

Czy są jakieś ulubione postaci, które lubisz fotografować?

Może nie tyle postaci, co pewien rozdział fantastyki – postapokalipsa, czyli świat po zagładzie, który powoli próbuje się odbudować… ale droga do tego daleka. Jeśli ktoś kojarzy Mad Maxa, Krew Bohaterów – to właśnie jest taki świat.
Stroje tworzone w tym klimacie to często stroje celowo podniszczane, składane z wielu różnych przypadkowo dobranych elementów – oddające to, że po zagładzie nie da się pójść do sklepu po nowe jeansy, musisz się zadowolić tym, co sam stworzysz lub znajdziesz. Mnóstwo improwizacji, mnóstwo kreatywności, a równocześnie mnóstwo detali na zdjęciu.

Jakie są najbardziej fotogeniczne miejsca we Wrocławiu czy w okolicach?

Chyba nie umiem w proste odpowiedzi. Ale pozwolę sobie wrócić do swoich początków we Wrocławiu. Po którejś rozmowie kwalifikacyjnej headhunterka z agencji bardzo chciała wiedzieć, jak mi poszło, a ja pierwszy raz w życiu po prostu nie czułem, jakie wywarłem wrażenie. Za to radośnie palnąłem: no nie wiem, jak mi poszło… ale jak mi się tam uda, to będę miał piękną drogę do pracy.

Dostałeś tę pracę?

Tak! I wciąż tam pracuję. Ale wraz z codziennymi dojazdami droga powoli spowszedniała. Sytuacja z headhunderką przypomniała mi się niedawno, po 10 latach. Akurat na wysokich trawach koło drogi pięknie rozłożył się szron. Następnego dnia szukałem jakiegoś modela, żeby złapać też ten szron, sprawdzałem miejscówki dookoła – powstała wtedy sesja wiedźmińska na końcu Kamieńca. Co prawda ze szronem nie wyszło, i ta połowa grudnia wyszła zdecydowanie jesiennie, ale zdjęcia docenił producent gry i udostępnił na swojej stronie. No i syrenka w Czernicy… w sumie też powiązana z sesją w Kamieńcu – miejsce znalazłem właśnie szukając drugiej miejscówki pod Wiedźmina. Jakieś 500 metrów od miejsca, które mnie 10 lat wcześniej zainspirowało do tak nietypowej odpowiedzi. Czasem… czasem po prostu trzeba spojrzeć innym wzrokiem na miejsca, które mijamy codziennie, próbować dostrzec ich piękno. Nie trzeba szukać jakichś specjalnych „fotogenicznych miejsc”.

Jakie są Twoje rady dla początkujących fotografów?

Wyjdź z siebie, stań obok… i popatrz co narobiłeś„. Może w swej formie jest trochę agresywna, ale na tyle zwięzła, żeby zapamiętać. Często zabawę z fotografią zaczynamy od osoby bliskiej, swojego partnera/partnerki, ukochanego psa, ulubionego hobby…Na początek znacząco ułatwia to sprawę. Nie musimy szukać modelki. Łatwiej sfotografować to, co czujemy, co kochamy, łatwiej nam dostrzec piękno, które chcemy uwiecznić. Ale równocześnie to przekleństwo, bo przez nasze uczucia nie potrafimy na zdjęcie spojrzeć obiektywnie.

Trudniej jest nabrać dystansu?

Na źle skadrowane czy naświetlone zdjęcie patrzymy w pryzmacie „to moje kochanie, czyż ona/on nie jest piękna/y?”. Może i osoba, którą sfotografowaliśmy jest piękna – ale czy możemy to samo powiedzieć o zdjęciu? Trzeba nauczyć się patrzeć na swoje zdjęcia jako na „zdjęcie samo w sobie”, w oderwaniu do tego, co czujemy do osoby sfotografowanej, do historii, która kryje się za tym zdjęciem… bez tej otoczki, którą znamy my, i tylko my. Oceniając efekty swojej pracy, trzeba wyzbyć się samego siebie i spojrzeć na zdjęcie oczami obcej osoby, która nie zna tego naszego „tła”. Czyli… wyjść z siebie, stanąć obok i popatrzeć jak nam to zdjęcie wyszło. Czasami ciężko jest to przeskoczyć, dlatego warto porozmawiać o tych zdjęciach z innymi fotografami, dołączyć do jakiejś grupy, jak na przykład Wrocławskie Plenery Fotograficzne, gdzie można przyjść na plener, ale czasem spytać innych o ich opinię na temat zdjęcia.

Muszę spytać na koniec o ulubiony utwór muzyczny fotografa syrenek i postapokalipsy. Czy to coś o krukach?

Blisko… Kruk pojawia się w teledysku Boogie Man zespołu Hellfreaks. To pierwszy utwór tego zespołu, który poznałem, jednak obecnie wolę Godless Girl’s Fun. Ten moment gdy wchodzi wokal… po prostu uwielbiam!