Grupa wrocławian co tydzień spotyka się, aby przygotowywać posiłek dla osób żyjących na ulicy. O przyczynach bezdomności, i wartości spotkania, rozmawiamy z Marią Relewicz, jedną z założycielek Zupy na Wolności, prezeską Fundacji Szerszy Krąg, która wspiera finansowo działalność Zupy.

Marta Muraszkowska: Skąd się wzięła w Tobie potrzeba, aby pracować z osobami bezdomnymi?

Maria Relewicz: Bezdomni zawsze zwracali moją uwagę. Ciągnęło mnie do nich. Zaczęło się od bezdomnej pani, która sprzedawała czekolady z dyskontu za kilka złotych więcej. Zawsze od niej kupowałam, tak się poznałyśmy. Wchodziłam za nią do Pasażu Grunwaldzkiego, gdzie chowała się w zimie. Rozmawiałam z nią, przynosiłam podstawowe rzeczy. Była bardzo spokojna, nie była aktywnie uzależniona, po prostu wydarzyła się w jej życiu jakaś dramatyczna historia. Bardzo nie chciała nocować we wspólnych placówkach, zbierała na tani hostel. Czasami dawałam jej pieniądze aby mogła tam przenocować. Kiedy zaczęłam działać w Zupie to dowiedziałam się, że zniknęła. Trafiła do szpitala i zmarła na gruźlicę.

fot. Zupa na Wolności

Co można powiedzieć przeciętnemu mieszkańcowi Wrocławia na temat osób bezdomnych?

Przede wszystkim, że warto ich zauważać, nie odwracać wzroku. Zastanowić się nad ich losem. Wiele osób uważa, że bezdomność to jest wybór – to nie jest takie proste. Trzeba z takimi ludźmi porozmawiać, spotkać się, spędzić trochę czasu aby zrozumieć jak skomplikowane historie wydarzyły się w ich życiu. Często my sami jesteśmy bardzo blisko tej bezdomności. Trzeba przestać myśleć o tych ludziach źle, jak o pasożytach społecznych, którzy cały dzień nic nie robią. Jeśli ktoś niesiony falą swoich przemyśleń chciałby poznać osoby bezdomne to jest taka Zupa, skupiająca ludzi, którzy nie są profesjonalistami. Jesteśmy grupą wrocławian którzy chcą dzielić się z bezdomnymi swoim czasem, empatią, poznać i zrozumieć ich świat. Tworzymy taką możliwość w wersji „light”.

Jaka widzisz Waszą rolę jako Zupy?

Chodzi głównie o spotkanie. Oczekiwanie, że kogoś uratujemy, wskazywałoby na naszą krótkowzroczność i brak pokory. Przeżycia tych ludzi sprzed bezdomności, ale też od momentu trafienia na ulicę, są tak trudne, że raczej mało ludzi ma takie ambicje, ewentualnie specjaliści w ramach złożonych systemów pomocowych. Nam zależy na bodźcu. Na tym, żeby tym ludziom zrobiło się lepiej. Żeby przez ten czas poczuli się ważni – bo przecież my to dla nich robimy. Sam posiłek to nie jest zupa marchewkowa z mrożonki ale taka, którą zrobilibyśmy naszym przyjaciołom w niedzielę w domu. Jedziemy na plac, staramy się traktować tych ludzi z jak największym szacunkiem, rozmawiać i robić to, na co nie mogą liczyć na co dzień, bo są unikani. Dajemy im czas i ciepło, fizycznie i metaforycznie.

fot. Zupa na Wolności

Co to znaczy, że każdy z nas jest o krok od bezdomności?

Każdy człowiek ma inną historię. Faktycznie jednak z bezdomnością koreluje uzależnienie od alkoholu, czy po prostu – poważne problemy życiowe, trudny życiorys i trudności psychologiczne. Jestem psychologiem z wykształcenia. Nie ma takiej możliwości, żeby nałóg, depresja wzięły się znikąd. Często początki sięgają dzieciństwa. Osoby w kryzysie bezdomności mogły zostać pokrzywdzone przez ludzi, przez swoich bliskich, a w konsekwencji nie ufają innym i sobie nawzajem. W środowisku pomocowym poznałam najpiękniejszą, czysto humanistyczną definicję bezdomności – nie jest to brak dachu nad głową ale brak relacji z innymi. Człowiek może stracić pracę, upaść, ale mając przyjaciół, rodzinę, jest w stanie się podnieść. W życiu bezdomnych bardzo często wydarzyło się coś takiego, że taką grupę stracili, lub nigdy jej nie zbudowali lub była oparta na słabych fundamentach. Widać to też na Placu – nasi goście niespecjalnie integrują się ze sobą, nie przyjaźnią się, nie łączą się w pary. Są w tej bezdomności bardzo samotni.

Wydaje mi się, że we Wrocławiu sieć pomocy osobom bezdomnym jest dość dobrze rozbudowana – mam rację?

Odkąd na horyzoncie pojawiły się Zupy to można mieć wrażenie, że dość dużo osób się tą bezdomnością zajmuje. Faktycznie, jest sporo organizacji, przede wszystkim specjalistycznych. Problem stanowi jednak często brak systemu, wystarczających środków czy integracji poszczególnych placówek. Nie jest to absolutnie wina wspaniałych i oddanych ludzi, którzy tam pracują. System jest do dopracowania. W zeszłym roku wydaliśmy Przewodnik po Wrocławiu: Miejsca, w których zjem, ubiorę się, uzyskam pomoc. Zebraliśmy informacje o wszelkich instytucjach, gdzie można uzyskać pomoc prawną, psychologiczną, rzeczową czy medyczną. Bezdomni z tego korzystają, natomiast nie rozwiązuje to problemu braku jednolitego systemu. Mogą sobie pójść po ubrania, np. do świetlicy środowiskowej, mogą przyjść do nas, do „Szafy” ale żeby skorzystać z pomocy medycznej muszą iść na przykład do MiserArt, gdzie przyjmuje lekarz i chirurg. Po pomoc prawną można zapukać do kilku drzwi – do MOPS albo do poradni społecznych, działających na przykład na ulicy Szczytnickiej. Nie ma jednej organizacji która by zapewniała pomoc od A do Z. Można się zagubić.

Mamy we Wrocławiu noclegownie i schroniska. Dlaczego osoby w kryzysie bezdomności mieszkają na ulicach?

Jest to związane z kilkoma kwestiami. W noclegowniach można być narażonym na choroby, utratę swoich rzeczy z powodu kradzieży czy po prostu – brak intymności. Każdy potrzebuje swojego miejsca, tylko swojego. Problemem może być też wymóg trzeźwości przy niewystarczającym wsparciu systemowym przy próbach wychodzenia z nałogu. Znam kilka osób, które dokonały tego niemal samodzielnie. To jednak heroizm. Nie wszystkich na niego stać. Bezdomni mają też często taki mechanizm, który pozwala im ratować poczucie godności. Nie chcą utożsamiać się z tak stygmatyzowanych środowiskiem. Wolą chodzić własnymi ścieżkami. Na placu słyszymy -„Proszę popatrzeć, jak on wygląda, ten menel. Ja zupełnie nie pasuję do tego środowiska, nie jestem taki, jak on”. Przebywanie w noclegowniach dają wprawdzie ciepło i jedzenie ale jest obciążające psychicznie. Andrzej Ptak, nasz mistrz od bezdomności, już jako młody człowiek zamieszkał z bezdomnymi i uczestniczył w zakładaniu i rozwoju większości wrocławskich schronisk i ogrzewalni. Jest propagatorem popularnego na Zachodzie rozwiązania Housing First (Najpierw Mieszkanie). Coraz częściej zbiera się pieniądze na mieszkania treningowe, w których mogą zamieszkać osoby powoli wychodzące z kryzysu. Oczywiście pod opieką pracowników socjalnych. To daje niezbędną prywatność i poczucie stanowienia o sobie samym Takie domy treningowe powstają już w Polsce, również we Wrocławiu. Wymaga to więcej wysiłku, ale wszystko wskazuje na to, że warto i jest to właśnie droga, która powinniśmy podążać.

Do mieszkania Emilii Brudniak można przynieść odzież dla bezdomnych, fot. Zupa na Wolności

Jesteście znani przede wszystkim z posiłków wydawanych na placu Wolności. Co jeszcze robicie?

W grupie dla wolontariuszy mamy prawie 500 osób ale aktywnie i regularnie działa około czterdziestu. Prowadzą swoje samodzielne projekty, takie jak na przykład „Szafa”, koordynowana przez Emilię Brudniak. Jest to fantastyczna dziewczyna która ma mieszkanie zawalone od podłogi do sufitu ciuchami, które przekazują jej ludzie. Prowadzimy również akcje streetworkingowe, projekt Buły na Wolności z kanapkami dla osób w kryzysie – które musiały zastąpić zupę bo nie możemy się na razie spotykać w większym gronie.  Robimy je w prywatnych mieszkaniach a następnie są rozdawane w Streetbusie przez zaprzyjaźniony zespół MiserArt. Mieliśmy także projekt gotowania z więźniami, którzy do nas przychodzili i przygotowywali posiłek dla osób bezdomnych. I wiele, wiele innych. Jesteśmy otwarci na różne pomysły, dyskutujemy o nich na comiesięcznych spotkaniach. Poza oficjalną częścią działań Zupa to także pojedyncze spotkania wolontariuszy z osobami bezdomnymi. Zdarza się tak, że ktoś dzwoni, że potrzebuje torby bo wyjeżdża do pracy do Niemiec. To nie może czekać. Spotykamy się wtedy w miejscu publicznym i przekazujemy tę torbę czy cokolwiek innego.

Jakie jest twoje marzenie „zupowe”?

Chciałabym aby „Zupa” trwała, żeby mogła działać tak długo, jak będzie potrzebna. Aby tego rodzaju inicjatywy powstawały. Bo zwykli ludzie, którzy na co dzień są zajęci pracą i swoimi sprawami, dzięki temu, że takie ruchy się oddolnie tworzą, stają się bardziej uważni i otwarci na innych. To jest nasza odpowiedzialność.