Pracuje 365 dni w roku. Aby zapalić, a później zgasić 102 latarnie gazowe we Wrocławiu, Robert Molendo robi godzinny obchód w okolicach zmierzchu i świtu. Czego doświadcza podczas tego niezwykłego już dziś zajęcia?
Późne popołudnie. Większość wrocławian wraca właśnie z pracy do domu. Tymczasem nietuzinkowa postać w czarnej pelerynie pojawia się na ulicach Ostrowa Tumskiego. Aby oświetlić Wyspę Piasek, musi zapalić 102 latarnie.
– Zanim zacząłem tu pracować, przez 30 lat mieszkałem we Wrocławiu i nie wiedziałem, że na Ostrowie są latarnie gazowe. Co roku ZDiUM organizuje przetarg na ich obsługę. Jestem latarnikiem, ponieważ moja firma wygrała konkurs. Na co dzień pracuję w niej także w innym charakterze – mówi Robert Molendo.
Pan Robert sprawuje pieczę nad oświetleniem od 10 lat, wspólnie z drugim latarnikiem, który pracuje w weekendy. Ich zadaniem jest również konserwacja latarni, wykrywanie usterek i wymiana części. – Najgorzej jest w lecie, kiedy słońce późno zachodzi i wcześnie wschodzi. W czerwcu czy w lipcu pojawiam się na Ostrowie o godzinie 21 i wracam wpół do drugiej w nocy. Przy okazji muszę się jeszcze wysypiać, bo w ciągu dnia pracuję w firmie
– dodaje Robert Molendo.
Na chwilę przerywamy rozmowę. Latarnik unosi politykę – długi palnik z zaworem i zbiornikiem gazu – odpalając kolejne bawełniane siateczki.
Na ratunek tradycji
Latarnie gazowe pojawiły się na Ostrowie Tumskim w latach 60. XIX wieku. Początkowo światło wydobywało się z cienkiej dyszy, zapewniającej pojedynczy płomień. W 1885 roku wiedeński chemik Carl Auer von Welsbach wynalazł żarniki pokryte dwutlenkami toru i ceru. – Latarnia działa jak kuchenka gazowa: wystarczy otworzyć zawór i podać ogień pod palnik. Gaz pali się w czterech siateczkach Auera ulokowanych w kloszu – informuje Molendo.
Ta metoda oświetlania Wyspy stosowana jest do dziś. Niestety, latarnie gazowe funkcjonowały na Ostrowie z problemami. W trakcie drugiej wojny światowej nie użytkowano ich, a w późniejszych latach były stopniowo wypierane przez oświetlenie elektryczne. O zmianie zadecydował także fakt, że latarnie gazowe korodowały, a na terenie Polski nie produkowano do nich części zamiennych.
– W sierpniu 1975 roku świeciły już tylko dwie i miejscy włodarze podjęli decyzję o zainstalowaniu na Wyspie oświetlenia elektrycznego. Pracowałem wówczas w „Gazecie Robotniczej” i wspólnie z wrocławskim przewodnikiem, Romanem Batogiem, postanowiliśmy ratować zabytkowe oświetlenie Ostrowa Tumskiego – zdradza Wojciech Chądzyński, dziennikarz i historyk.
Efektem publikacji artykułów na łamach prasy była umowa między miastem a dyrekcją Dolnośląskiego Okręgowego Zakładu Gazownictwa. Podmioty postanowiły, że oświetlenie gazowe powróci w okolice katedry. Okazało się jednak, że latarnie, które zostały już usunięte z ulic, zostały przetopione w hutach. Należało więc odtworzyć ich konstrukcję zgodnie ze stylem obowiązującym w przedwojennych Niemczech. Innym problemem był również brak firm na terenie Polski, które w ówczesnych czasach mogłyby podjąć się stworzenia przygotowanych projektów. Żarniki, czyli koszulki Auera, trzeba było kupić za dewizy w RFN.
– Wybrałem się wówczas do Warszawy i po sympatycznej, długiej rozmowie z ówczesnym ministrem górnictwa i energetyki Wrocław otrzymał przydział potrzebnych dolarów. Dzięki temu w 1982 roku zabłysło na Ostrowie osiemdziesiąt latarń – wspomina Wojciech Chądzyński.
Studenci pomagali Batmanowi
Przechodzimy z latarnikiem pod Bramą Kluskową. Przyznaje, że tu zaczyna się jego ulubiona część Ostrowa Tumskiego. Jest zdecydowanie spokojniejsza niż przepełniona turystami ulica Katedralna. Mimo tego, niemal przy każdym przystanku w postaci latarni ktoś próbuje zrobić zdjęcie postaci w czarnej pelerynie.
– Nigdy nie pozuję do zdjęć. Jeśli ktoś chce mi je zrobić, to jedynie w trakcie zapalania. Zabrakłoby mi życia, gdybym musiał zatrzymywać się na każdą prośbę turystów. Niektórzy obrażają się, że nie chcę poczekać, aż ustawią odpowiednią funkcję w aparacie. Mam przecież określony czas, w którym muszę zapalić wszystkie latarnie – tłumaczy Robert Molendo.
Przechodnie reagują na niego pozytywnie, uśmiechają się, czasami zagadują i żartują. Jak przyznaje latarnik, niektórzy krzyczą, że jest księdzem, Batmanem albo nietoperzem. Wrażenie potęguje przede wszystkim długa, czarna peleryna z herbem Wrocławia i cylinder na głowie. Tak przebrany człowiek intryguje przede wszystkim dzieci.
– Patrzą na mnie, jakby zobaczyły coś niewiarygodnego. Przez długi czas jeździł za mną na rowerze mały chłopiec, który przychodził codziennie na Ostrów ze swoją mamą i siostrzyczką. Wiedział, kiedy musi się pojawić, żeby wracając z przedszkola, zobaczyć latarnika – śmieje się Molendo.
Mężczyzna ma również sporo wspomnień związanych ze studentami. Przed laty wchodzili w nocy na latarnie i gasili je. Czasami dochodziło do sytuacji, że nie paliła się nawet połowa latarń. Pan Robert uważa, że nie była to najlepsza forma pomocy – zamykając zawór, „pomocnicy” mogli go uszkodzić. Latarnik musiał poświęcać dodatkowy czas na kontrolę stanu technicznego latarni. – Ludzie zmądrzeli i uspokoili się. Teraz w nocy studenci pytają mnie jedynie o drogę do Kredki i Ołówka – przyznaje z rozbawieniem.
Kłódki nie tylko na moście
Jest już szaro, a my powoli wchodzimy na most Tumski. Robert Molendo pracuje jako latarnik od 10 lat i pamięta, jak na moście znajdowały się pierwsze, pojedyncze kłódki. Teraz zakochani montują je nawet na lampach. To duże utrudnienie w pracy latarnika i muszą być z nich regularnie usuwane.
Skręcamy na most Młyński i przechodzimy obok kościoła św. Marcina. Latarnik przyznaje, że ma jedną, zaplanowaną trasę, którą chodzi niemal codziennie. Rzadko decyduje się na urozmaicenia. – Kiedyś miałem kilka ulubionych miejsc, ale teraz rzadziej doceniam piękno Ostrowa. Czasami, jak jest ładna pogoda, to miejsce raduje człowieka. Bardzo lubię ulicę Katedralną w zimowym wydaniu: śnieg odbija wtedy światło lampek zamontowanych na drzewach Tumskiego – mówi pan Robert.
Latarnik wyjmuje palnik spod ostatniego klosza. Wszystkie ulice toną już w ciepłej, żółtej barwie oświetlenia gazowego. – To praca, która wymaga regularności. Nie ma wolnego dnia, trzeba odpalić lampy niezależnie od pogody, nawet w Boże Narodzenie czy Sylwestra – podsumowuje Robert Molendo.
Pakuje swój sprzęt do samochodu i odjeżdża. Wróci na Wyspę, jak większość ludzi będzie jeszcze spała, by zgasić latarnie.
Z historii
Pierwsze miejskie oświetlenie gazowe rozbłysło w 1808 roku w Londynie
Pierwsza lampa gazowa na terenach Polski pojawiła się w 1830 roku w Krakowie
Pierwsze oświetlenie gazowe we Wrocławiu rozbłysło w 1843 roku, w restauracji „Złota Gęś” (przy obecnej ulicy Ofiar Oświęcimskich)
102 – tyle latarń znajduje się na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu
12 – w tylu polskich miastach nadal działają latarnie gazowe (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Olsztyn, Elbląg, Gorzów Wielkopolski, Książ Wielkopolski, Nowe Miasto Nad Wartą, Paczków, Puck)
Aktualnie najwięcej lamp gazowych w Polsce, około 240, znajduje się w Warszawie


