Z Markiem Woronem, wiceprezesem zarządu Business Centre Club oraz kanclerzem Loży Dolnośląskiej BCC, rozmawiałem o rynku pracy, roli samorządu w kształtowaniu tego rynku, a także o wyzwaniach, które tak naprawdę już dziś czekają każdego pracownika.

Bartosz Adamiak: Niedawno odbyła się szósta edycja Dolnośląskiego Kongresu Samorządowego. Jak Pan, jako kanclerz dolnośląskiej loży Business Centre Club, przedstawiciel środowiska biznesowego oraz pracodawca, postrzega rolę samorządów w budowaniu lokalnego rynku pracy?

Marek Woron: Dla mnie jest to przede wszystkim rola diagnostyczna. Samorząd ma środki i powinien mieć narzędzia do tego, by monitorować sytuację na rynku – w tym przypadku rynku pracy. Powinien też mieć środki na to, żeby ocenić, jak ta sytuacja się zmienia i na ile zmieni się w bliższej i dalszej przyszłości. Te dane powinny płynnie trafiać do przedsiębiorców i pracodawców. Kluczem jest oczywiście dobra współpraca między elementami samorządu, które są odpowiedzialne za te działania, ale także korelowanie uzyskanych danych oraz ich przedstawianie. Dobrze jest utrzymywać równowagę między popytową i podażową stroną rynku pracy. Jako pracodawcy potrzebujemy informacji o tym, jakiego rodzaju aktywności są podejmowane, jakie pojawiają się braki i co w związku z tym możemy zrobić, jak wesprzeć rynek pracy – również przez odpowiednią dystrybucję i przekierowywanie środków w celu osiągnięcia równowagi. Działanie doraźne często wiąże się z ryzykiem popełnienia błędu. Jeśli uruchamiamy duże środki na coś, co za chwilę przestaje mieć rację bytu, oczywiście należy uznać to za błąd.

B.A.: Czy z Pańskiej perspektywy ta równowaga jest obecnie zachowana?

M.W.: Z mojej perspektywy nie jest ona zachowana. A każdy, kto działa w biznesie już dłuższy czas, wie, że nie da się bazować wyłącznie na przypuszczeniach. Przewidywanie w naszych czasach wymaga pewnej ekwilibrystyki i giętkości intelektualnej, ale też wykorzystywania kontaktów, rozmów z osobami, które poruszają się po tej gospodarczej i społecznej przestrzeni na różnych obszarach, zbierania danych i dzielenia się konceptami. W przeciwnym razie mamy do czynienia ze strategią hokejowego krążka – problem jest w jednym miejscu, a za chwilę w innym. I wtedy właśnie działamy doraźnie. To nie są solidne fundamenty dla biznesu. Dysponując obecną metodyką, nie nadążamy za czasem. To, co teraz dzieje się na rynkach pracy, jako pochodna zmian ekonomiczno-społecznych, to często nowości, które w przestrzeni administracyjnej bywają dostrzegane, jednak jedynie w formie fragmentów wiedzy poszczególnych osób, a nie większych elementów, które mogłyby posłużyć systemowemu działaniu.

B.A.: Chodzi między innymi o nowe zawody?

M.W.: Tak, te nowe zawody już powstają, a dynamika tego procesu jest wręcz wykładnicza. Kluczowi gracze to w tej chwili przedsiębiorcy, bo oni – idąc wraz z postępem technicznym – widzą potrzeby i pewne potencjalne przewagi w budowaniu swoich biznesów. W wielu branżach wiadomo już, że za chwilę nie będzie zapotrzebowania na pracowników. Już od lat istnieją potężne magazyny obsługiwane przez kilka osób. Automatyzacja i robotyzacja wkraczają coraz śmielej do świata usług: mamy już bezobsługowe restauracje, kawiarnie, taksówki i sklepy wielkopowierzchniowe. Rodzi się pytanie: co z osobami, które w tych obszarach pracują? Czy samorządy, odpowiedzialne za ład społeczny, zdają sobie sprawę, że te procesy nadeszły, przyspieszają, i dosłownie już za chwilę trzeba będzie im sprostać? Czy ludzie potrafią przystosować się do tego, że nie będą pracowali w jednym zawodzie do końca życia? Czy są przygotowani do tego, że powinni się wykwalifikować i wyspecjalizować w kilku obszarach? I jak się w tym odnajdą, skoro naturalną rzeczą w ludzkich sprawach jest stabilizacja i dążenie do tego, by było wręcz przeciwnie? Jak słusznie przewidział Alvin Toffler, najważniejszą umiejętnością człowieka będzie umiejętność uczenia się. Ale także zresetowania, zapomnienia tego, czego się do tej pory nauczył, by zacząć od początku. Takie kompetencje posiadają dziś nieliczni, a będzie musiała je nabyć większość. Trzeba więc przystosowywać do tego populację. Trzeba pozwolić działać przedsiębiorcom w obszarze szkoleń, a także kreowania liderów życia publicznego. Cały czas postrzegamy to jako wyzwania przyszłości, a tymczasem jest to teraźniejszość.

B.A.: To dosyć niepokojąca wizja przyszłości. Czy są jakieś jasne strony?

M.W.: To jedynie część wyzwań opartych na bazie zmian technologicznych – zarówno w obszarze gospodarczym, jak i społecznym. Te zmiany przyspieszają nieprawdopodobnie, tylko żeby to ujrzeć, trzeba wejść na odpowiedni poziom. To tak jak z oglądaniem miasta: trzeba by się wspiąć na wieżę zegarową i popatrzeć z góry, bo spacerując po uliczkach, nie zobaczymy całości. Wspomnieliśmy o nowych zawodach. Kto kiedyś przewidywał, że ci, którzy grali w gry komputerowe już w latach 80., dzisiaj będą profesjonalnymi zawodnikami? Dziś na bazie ich profesjonalizmu rodzi się gaming jako obszar dla zawodowców. Pomału zaczyna uznawać się taki zawód, jak streamer, czyli osoba, która transmituje swoją rozgrywkę online i pozwala, by była ona podziwiana przez setki tysięcy osób. Streamerzy są obserwowani przez miliony ludzi, z czego duża część to oddani fani. To jest rynek do obróbki biznesowej. Trzeba dostarczyć nowe narzędzia, nowy sprzęt, oprzyrządowanie, ale także przygotować otoczenie – organizować eventy i turnieje. A więc jest to także biznes marketingowy, którego wartość w Polsce szacowana jest na miliony dolarów, a na świecie na miliardy, naturalnie z tendencją wzrostową. To pokazuje, w jaki sposób te procesy się rozwijają i rozprzestrzeniają.

Fot. Andreas Klassen

B.A.: Jakie jeszcze wyzwania czekają pracowników?

M.W.: Może być dość niepopularne to, co teraz powiem, ale moim zdaniem będą oni skazani na uelastycznianie. Naturalne dążenie do bezpieczeństwa będzie miało tendencje spadkową, także w ujęciu poszczególnych pracowników. I wpłyną na to zarówno zmiany gospodarcze, jak i społeczne. Ludzie będą musieli nauczyć się myśleć inaczej, ponieważ na skutek tych zmian rozszerzać się będzie zjawisko, które na zachodzie Europy silnie zaakcentowało swój już wymiar kilka lat temu, czyli gig economy. I są już w tej chwili twarde badania, które wskazują, że coraz więcej osób decyduje się na taką formę obecności na rynku pracy. Sprowadza się to do elastycznego funkcjonowania, bez stałych umów, w oparciu o zlecenia, często mające bardzo różnoraki charakter. Nie jest to taka forma elastycznego zatrudnienia, jaką kilkanaście lat temu promowała Unia Europejska, gdzie w większości przypadków dotyczyło to podstawowych kwalifikacji. Coraz większy jest odsetek profesjonalistów z wyższego szczebla, którzy chcą taki styl uprawiać. Umiejętność permanentnego uczenia się, a także resetowania, porzucania dotychczasowej wiedzy na rzecz kolejnych wyzwań będą powodowały łatwość funkcjonowania w różnych dyscyplinach. Każdy z nas, jeśli się zastanowi, znajdzie osobę, która w jednym dniu pracuje jako kelner, w innym jako grafik komputerowy, a w jeszcze innym jako pracownik ochrony. Odsetek tych, którzy deklarują, że pracują w kilku zawodach, już teraz jest znaczący. A mamy jeszcze ogromną grupę ludzi, którzy deklarują chęć i gotowość do tego, by rozwijać się w innych dyscyplinach.

B.A.: W tej chwili mamy bardzo niskie bezrobocie i sporo mówi się o tym, że rynek należy do pracownika. Wobec tego, co wcześniej Pan powiedział, możemy spodziewać się, że w najbliższym czasie nastąpi odwrócenie tego trendu?

M.W.: Z pewnością. Te wszystkie procesy, które się wzajemnie zazębiają, sprawią, że w krótkiej perspektywie – mierzonej nie na dekady, ale na lata – trend ten będzie się odwracał. Potężna rzesza ludzi, którzy pozostaną bez pracy, stanowić będzie kolejne wyzwanie. Jak spowodować, żeby ludzie, dla których etos pracy był fundamentem systemu wartości, mogli jednak coś robić i tego systemu wartości nie utracili? Zakładam, że pojawi się takie zjawisko, jak praca niezarobkowa, wykonywana dla samego faktu bycia aktywnym, oraz poczucia, że jest się potrzebnym innym. Bo człowiek bez innych nie ma specjalnej racji bytu. I to jest akurat długoterminowa perspektywa.

B.A.: Uważa Pan, że koncepcja bezwarunkowego dochodu podstawowego, która na Zachodzie jest już testowana, to nasza przyszłość?

M.W.: Tak, jestem tego pewien. Oczywiście trzeba szukać modeli, tworzyć symulacje. Będą kolejne problemy, bo żeby móc wypłacać ludziom takie świadczenie, trzeba będzie wprowadzać nowe podatki w obszarach, które dziś być może nawet nie przyszłyby nam do głowy. Zachodzące zmiany wyłączą człowieka całkowicie w obszarze transportu, logistyki, usług finansowych czy w obszarze usług ubezpieczeniowych. To po prostu będą wyłączenia totalne, bo systemy, które przejmą kontrolę, będą tańsze, doskonalsze i praktycznie nieomylne. Pozostaje nam mieć nadzieję, że będziemy to mogli zawsze nadzorować.

Fot. Campaign-creators

B.A.: Jest Pan członkiem Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego z ramienia BCC. Jak ocenia Pan dialog społeczny i szczególną rolę związków zawodowych na tak dynamicznie zmieniającym się rynku pracy?

M.W.: Rady Dialogu Społecznego to jedno z niewielu miejsc, gdzie tego dialogu mogliśmy się uczyć. Uczyliśmy się, czym jest dialog obywatelski, a czym dialog społeczny. A także metod, które towarzyszą jednemu i drugiemu. Uczyliśmy się rozróżniać konsensus od kompromisu i negocjacje od mediacji. Zawsze byłem wielkim fanem i orędownikiem tej struktury i procesów dialogowych. Był taki okres, kiedy uważałem, i publicznie dawałem temu wyraz, że jawiły mi się jako relatywnie bardzo odpowiedzialne. Uwzględniały interesy pracownicze, ale także potrzeby pracodawców i przedsiębiorców, zwłaszcza gdy ci nie byli specjalnie słuchani. I mam nadzieję, że nadal tak jest. Że nadal przy dobrze prowadzonym dialogu i właściwie zbudowanych relacjach, z wzajemnym poszanowaniem, jesteśmy w stanie mieć sojuszników w związkach zawodowych. W odniesieniu do postulatów niezbywalnych i uniwersalnych, dla każdego rozsądnego człowieka oczywistych. Jednak czasami związki zawodowe zostają zawężone do postaci swoich liderów. I w tych momentach bywa tak, że nie oceniamy wszystkich działań najlepiej, bo tam również grają ambicje i potrzeby liderów na rzecz utrzymania swoich wpływów. Staramy się rozróżniać to, co jest możliwe i realne, od tego, co bywa przypadkowe i chwilowe. Jako pracodawcy przykładamy do tego różną wagę. Oczywiste jest dla mnie, że rola i znaczenie organizacji pracowniczych były wielkie, jest duże i pozostanie bardzo znaczące w przyszłości, choć oczywiście zmienią się modele i formy tych organizacji.

B.A.: Z uwagi na globalne zmiany na rynku pracy?

M.W.: Tak. Grupa osób potrafiących i chcących funkcjonować elastycznie na rynku pracy, nie dlatego, że są przymuszani przez pracodawców, ale dlatego, że sami tego pragną, niekoniecznie będą chcieli wiązać się z jednym pracodawcą. Ale jest to także grupa osób, która w pewnym momencie również będzie pragnęła mieć wsparcie i jakąś bazę. Jaka to będzie forma? Jaki to będzie model? Na dzisiaj trudno przesądzać. Związki zawodowe są już świadome tych procesów. I jeśli znajdą dobrą propozycję, będą się rozwijały dalej. Jeśli nie, może rzeczywiście powstanie jakaś nowa jakość, nowy typ organizacji obywatelskich w przestrzeni między związkami, pracownikami i pracodawcami, którzy nie mieszczą się w dotychczasowych modelach.