Ku mojej niewypowiedzianej radości jest moda na Wrocław. Wystarczy rzucić okiem na tablice rejestracyjne parkujących w centrum samochodów, żeby ze zdumieniem odkryć, że tych z literkami DW jest mniejszość. Opole czy Poznań to norma, ale trafiają się przybysze z Rzeszowa, Gdańska, Szczecina czy odległego i egzotycznego Białegostoku. Coraz chętniej odwiedzają nas również Czesi i Niemcy. No i fajnie, z turystyki żyje, i to nieźle, wiele bogatszych miast.


Jest jednak małe „ale”. Z tym miłym sercu i kieszeni najazdem kompletnie nie radzą sobie miejskie służby odpowiedzialne za problemy komunikacji. Na niemiłosiernie zatłoczonych ulicach tworzą się koszmarne korki, samochody parkują gdzie chcą i jak chcą, byle jak najbliżej centrum. Wrodzona, chociaż umiarkowana kultura nie pozwala mi zacytować wypowiedzi stałych mieszkańców. Posuwające się w żółwim tempie samochody (często, cytując Bułhakowa „trzeciej świeżości”) zatruwają i tak już zatrutą atmosferę spalinami.

Wrocławianie to naród twardy i nie takie klęski są w stanie „przetrzymać”; gorzej z murami zabytkowych kamieniczek. A przecież można by kierować naszych gości na parkingi położone na obrzeżach centrum. Ja wiem, że w tym celu należałoby uruchomić proces myślenia, chociaż są tacy, dla których jest to bolesny proces. Jednak warto próbować. Zatem, chłopaki, do roboty, może się uda…
Aczkolwiek najchętniej oddaję się hulaszczemu trybowi życia w mojej ukochanej kawiarni „Literatka”, to czasami włóczę się po mieście. Dla zgrzybiałego starca z jednym porcelanowym kolanem to problem, ale skoro doktory każą łazić, to posłusznie łażę.

Ostatnio dowlokłem się do pięknie odrestaurowanego placu Wolności. Nawiasem mówiąc, nazwa ta zawsze mnie śmieszyła. Monumentalna bryła komendy policji, obok siedziba sądu, w pobliżu areszt śledczy. Niezłe poczucie humoru musiał mieć pomysłodawca tej dla nazwy placu. Mniejsza z tym: o czymś innym pomyślałem, stojąc na marmurowych płytach. W moim przekonaniu to idealne miejsce na masowe imprezy plenerowe, w tym tradycyjnego już sylwestra. Umęczony hałasem Rynek wreszcie by odetchnął.

Nieżyjący już mój Przyjaciel, Wielki Artysta Get-Stankiewicz, chociaż Człowiek nad wyraz łagodny, na widok montowanej kolejnej sceny awanturował się, słusznie stwierdzając, że takie budowle zaśmiecają ten piękny kawałek miasta. Tego samego zdania są właściciele restauracji. Jaki bowiem sens ma organizowanie kameralnych imprez (w tym sylwestra), skoro wszystko zagłusza barbarzyński łomot za oknami?

Zapytajcie, ale nie cytujcie, co o tym myślą mieszkańcy rynkowych kamieniczek. Plac Wolności to naprawdę naturalne miejsce na imprezy muzyczne. Z jednej strony Narodowe Forum Muzyki, z drugiej opera, w razie jakichś (oby nie) sytuacji konfliktowych blisko mają służby porządkowe… A jak już publiczność nasyci się decybelami, to do spokojnego, pięknego Rynku rzut beretem. Nie ukrywam, że piszę to powodowany ohydną prywatą: mieszkam na Starym Mieście. Wszystkiego najlepszego w nowym roku!