Za nami walentynki, romantyczny tydzień zakończmy historią wrocławskich kochanków.
Śmierć kochanków w Katedrze
W XV wieku kanonik Katedry wrocławskiej, Rudolf określany jako człowiek łagodny i roztropny, opiekował się swoim bratankiem Henrykiem. Uważał, że najlepszą przyszłością dla podopiecznego będzie stan duchowny. Młody Henryk niechętnie zgodził się na plany stryja. Jednak w dzień Wielkanocy został wyświęcony na księdza.
Los chciał wystawić na próbę młodego księdza. W dniu święceń do Katedry przybyła kobieta w żałobie po możnym rycerzu z rodu Gryfów. Jej mąż został niedawno zamordowany przez zbójców. Pojawiła się z córką Marią, aby pomodlić się za duszę męża.
Piękna dziewczyna była młodzieńczą miłością Henryka. Gdy obydwoje się zobaczyli, dawna miłość ponownie rozgorzała. Po niedługim czasie Henryk zrozumiał, że życie bez Marii byłoby dla niego niemożliwe. Poprosił matkę dziewczyny o rękę. Kobieta niechętnie podeszła do tej propozycji. Warunkiem było zezwolenie papieskie i zwolnienie od ślubów kapłańskich.
Smutny Henryk usnął pewnego razu w swojej izdebce na wieży. Jak podaje Krzysztof Kwaśniewski w swojej książce – zaczął go trapić dziwny sen: ujrzał dwunastu dobrze sobie znanych kanoników Katedry, wraz ze swym stryjem, niosących trumnę poprzez główną nawę Katedry. Gdy postawili trumnę, kanonik Rudolf uchylił wieka; przerażony Henryk ujrzał siebie samego w jej wnętrzu…
Gdy się obudził, postanowił działać. Udał się do domu rodzinnego Marii, aby z nią uciec. Postanowili się schronić się we Wrocławiu, chcieli znaleźć wsparcie u Rudolfa i liczyli, że on wspomoże zakochanych. Nocami przemierzali drogę do Wrocławia, gdy już dotarli na miejsce, udali się do Katedry. Gdy się dostali się do środka, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Cała Katedra zajaśniała nagle wszystkimi światłami, a przez główną nawę zaczął kroczyć ten sam pogrzebowy orszak co w śnie.
Pod Henrykiem ugięły się kolana, gdy ponownie zobaczył siebie w trumnie, strach i przerażenie tak go ogarnęło, że padł na miejscu i ducha oddał. Także Maria, strachem i smutkiem przejęta, padła martwa na ciało ukochanego.

Od tego czasu śmierć któregoś z kanoników Katedry miała być przepowiadana przez głosy pieśni i modłów w pustym kościele i bicie w dzwony, a także przez zjawę własnego pogrzebu. Te znaki, miały zazwyczaj pojawiać się w wigilię Bożego Narodzenia lub w Nowy Rok. Według innych zaś w dzień św. Wincentego, to jest 22 stycznia.
To nie jedyna (dość przerażająca) historia miłosna związana z Wrocławiem. W książce Legendy i podania wrocławskie możemy znaleźć historię „Złamanych ślubów”.
Historia wiąże się z czasami, kiedy na Śląsk zaczęło wkraczać chrześcijaństwo i zyskiwało wielu zwolenników. We Wrocławiu, kiedy nie było tu jeszcze ani klasztoru, ani żadnego księdza żył pewien młodzieniec, który zapragnął oddać się nowej wieże i chciał złożyć śluby. Wrocław był wtedy małą osadą, gdzie zebrała się rada starców i uroczyście przyjęła jego dozgonne śluby. Jednak ostrzegli go przed ich złamaniem i surową karą jaka go może spotkać za niedopełnienie przyrzeczenia. W tym samym czasie, takie same śluby składała piękna młoda dziewczyna. Oczywiście, gdy tylko się zobaczyli rozbudziła się w nich miłość od pierwszego wejrzenia.
Za mieszkanie wyznaczono im dwie małe chatki nad Oławą, otoczone i oddzielone od siebie wysokim murem.
Jednak prawdziwej miłości mur nie mógł rozdzielić. Po samotnych dniach, przepełnionych rozmyślaniami o niepokojącym uczuciu, młodzieniec wyłamał mur i spotkał się z ukochaną.
Niestety ich szczęście trwało krótko. Związek został wykryty. Zostali bardzo surowo osądzeni przez radę starszych. Wyrok był okrutny: za złamanie ślubów dozgonnej czystości, czekała ich śmierć przez zamurowanie żywcem. Tak też się stało. Zamurowano ich w niedawno postawionym budynku ratusza. Ku przestrodze, aby nie składać lekkomyślnie podobnych ślubów, umieszczono tablicę z ich wizerunkami.
Podanie nawiązuje do wizerunku, który znajdował się w sieniach starego wrocławskiego Ratusza.

