Z prof. Aldoną Wiktorską-Święcką, specjalistką w zakresie polityk publicznych i zarządzania publicznego, rozmawiamy o pozyskiwaniu środków europejskich na rozwój miast, współpracy między naukowcami, biznesem i samorządami, a także o największych wyzwaniach stojących przed Wrocławiem.

Jest Pani pełnomocnikiem rektora Uniwersytetu Wrocławskiego ds. polityki miejskiej i regionalnej oraz członkiem zarządu Urban Experts Research Alliance – europejskiej sieci badawczo – rozwojowej w zakresie polityk miejskich i regionalnych. Czym dokładnie zajmuje się ta sieć?

W 2015 roku, gdy w Unii Europejskiej przyjęta została wspólnotowa polityka miejska, Komisja Europejska powołała sieć największych uniwersytetów, instytucji naukowo-badawczych, a także podmiotów prywatnych i instytucji publicznych zajmujących się komercjalizacją wiedzy w zakresie polityki regionalnej i miejskiej. Zaprosiła też do niej przedstawicieli największych europejskich miast. Ta sieć, finansowana ze środków europejskich, kumuluje i przetwarza wiedzę specjalistyczną w zakresie zarządzania miastami. Krótko mówiąc, do sieci zwraca się prezydent miasta, przedstawiając konkretny problem, którego nie potrafi rozwiązać dostępnymi metodami, a sieć dostarcza mu szytego na miarę rozwiązania.

Samorządowcy chętnie współpracują z siecią?

Co prawda ja w pracę tej sieci aktywnie włączyłam się w styczniu 2019 roku, ale z tego, o czym mówią koledzy z Niemiec, Francji, Belgii, Holandii oraz państw skandynawskich i południowoeuropejskich, to tak. Współpraca ma charakter codziennej relacji. Głównie dlatego, że miasta są do tego zachęcane przez Komisję Europejską. I że na ten cel można zdobyć unijne środki.

A polskie miasta?

My nie mamy takiej kultury sieciowania, kultury współpracy między instytucjami publicznymi, w tym samorządami, środowiskami eksperckimi i biznesem. Nawet jeżeli miasta mają swoje sieci, jak np. Unia Metropolii Polskich czy Związek Miast Polskich, to są to organizacje zrzeszające przedstawicieli wybranego sektora. Tymczasem do zarządzania miastami potrzebna jest szersza perspektywa i współpraca między różnymi środowiskami. Powinniśmy tę zasadę jak najszybciej przeszczepić na polski grunt. Wciąż pozostaje to w sferze postulatów, a deficyt dostrzegają zarówno przedstawiciele biznesu, choćby Business Centre Club, jak i nau-kowcy. Odpowiadając na ten deficyt, powołaliśmy we Wrocławiu, z inicjatywy wspomnianego BCC i we współpracy z rektorami największych uczelni publicznych, Wrocławskie Forum Obywatelskie. To nietypowa i niestandardowa inicjatywa, kiedy to biznes zaprasza naukowców po to, żeby wspólnie zastanowić się, co mogą wspólnie zaoferować władzom publicznym, w naszym wypadku władzom samorządowym. Taka inicjatywa została przedstawiona panu prezydentowi Jackowi Sutrykowi.

To świeże przedsięwzięcie?

Ukonstytuowaliśmy się w lutym bieżącego roku, ale do tej pory nie pokazywaliśmy się publicznie. Uznaliśmy, że najpierw ustalimy nasze pomysły na możliwe propozycje rozwiązań złożonych problemów, z jakimi boryka się Wrocław. Zadanie to jest wyzwaniem, ponieważ zarządzanie miastem wymaga podejścia zintegrowanego. A żeby zarządzanie zintegrowane zakończyło się sukcesem, potrzebne są określone struktury i określone kompetencje. Sieć europejska, o której mówiłam wcześniej, pokazuje, że inicjatorem instytucjonalizacji współpracy na rzecz rozwoju miast i regionów najczęściej jest władza publiczna. W naszym wypadku takiej inicjatywy ze strony władz lokalnych i regionalnych zabrakło.

I dlatego sami wyszliście z taką inicjatywą?

Mieliśmy dwa wyjścia: albo czekać, aż nas ktoś zaprosi, albo zorganizować się samemu. Duch społeczeństwa obywatelskiego, otwartości i aktywności obywatelskiej zmotywował nas do skorzystania z drugiego rozwiązania.

Prof. Aldona Wiktorska-Święcka

Do tej pory nie pokazywaliście się publicznie. Dlaczego?

Najpierw sami musieliśmy zorientować się, czego tak naprawdę oczekujemy od tej inicjatywy. Teraz już wiemy, czego chcemy, potrafimy odróżnić, co jest interesem środowisk, które reprezentujemy, a co nas łączy i jest interesem wspólnym i gdzie się świetnie uzupełniamy.

To czego oczekujecie?

Komisja Europejska mówi: „Halo, Polsko, ciągle nie wykorzystujecie w wystarczającym stopniu środków, jakie oferujemy w zakresie polityki miejskiej i na rzecz badań i rozwoju. My chcemy wam je dać, tylko musicie spełnić pewne warunki”. A te pewne warunki polegają m.in. na multi- i interdyscyplinarnym podejściu do zarządzania miastami. Na przykład ja, jako osoba specjalizująca się w naukach o polityce i administracji, powinnam mieć w zespole eksperckim kogoś, kto również zajmuje się problematyką miejską, ale jest znawcą w zakresie ekologii. I jeszcze kogoś, kto ma skuteczne narzędzia IT do przekucia naszych idei i pomysłów na zarządzanie miastem w nowoczesne i inteligentne rozwiązania. I tych specjalistów w dużej części muszę pozyskać z innych uczelni, np. z Uniwersytetu Przyrodniczego czy Politechniki Wrocławskiej. Tego m.in. dotyczą nasze uzgodnienia na pierwszym etapie budowania Wrocławskiego Forum Obywatelskiego.

Mamy świadomość, że złote czasy dla Polski, jeśli chodzi o środki europejskie, właściwie już się skończyły. Za chwilę rozpocznie się realizacja nowego budżetu unijnego, już na zupełnie nowych zasadach. Stworzyliśmy platformę współpracy, która oferuje samorządom profesjonalne wsparcie, aby w tych nowych realiach umieć się skutecznie poruszać.

Jakie to zasady?

Polskie samorządy muszą przesterować umiejętności wykorzystania unijnych funduszy ze środków strukturalnych, które pozyskiwały w wewnątrzkrajowych postępowaniach, czasami konkursowych, indywidualnie rywalizując z innymi polskimi samorządami o środki, które Polsce należały się z klucza polityki spójności, na tzw. środki wspólnotowe. I tu zasady są zdecydowanie inne. Pierwsza – środki pozyskiwane są wyłącznie w konkursach, a warunkiem koniecznym są partnerstwa różnych podmiotów z różnych państw członkowskich UE. W tym wypadku rywalizujemy we współpracy w ramach międzynarodowych konsorcjów z innymi międzynarodowymi konsorcjami z całej Unii Europejskiej. Druga – oferty konkursowe wymagają udowodnienia, że potrafi się zarządzać problemami w sposób zintegrowany. Oznacza to odejście od wsparcia wybranego aspektu rozwoju lokalnego, jak to było dotychczas, na rzecz kompleksowych rozwiązań w zakresie zrównoważonego rozwoju. I zasada trzecia – często trzeba będzie w projekt zaangażować wkład własny.

Czyli, jednym słowem, nie będzie już tak łatwo zdobyć pieniądze z Unii Europejskiej?

Nie. Polska do tej pory dostawała środki strukturalne, które dystrybuowano albo na poziomie krajowym, albo regionalnym. A środki wspólnotowe, o których mowa po roku 2020, dystrybuowane z poziomu Brukseli, należą się Polsce tak samo, jak podmiotom – w tym samorządom – ze Skandynawii, Niemiec, Hiszpanii czy innych państw. I w związku z tym obowiązują wszystkich dokładnie takie same zasady i warunki. Musimy stanąć do konkursu i udowodnić, że mamy najlepszą ofertę, by określony konkurs wygrać.

Są realne szanse, że będziemy wygrywać?

Tu jestem umiarkowaną optymistką. Z jednej strony uważam, że nie sprzyja nam brak dobrych rozwiązań organizacyjnych, brak doświadczeń i brak kultury współpracy. Z drugiej jednak strony samorządowcy, z którymi współpracuję w ramach autorskiego programu MBA, wychodząc po cyklu szkoleń, posiadają narzędzia, aby w międzynarodowych konkursach skutecznie aplikować i je wygrywać. Uważam, że wśród kadry urzędniczej mamy dużo talentów, dużo wiedzy, dużo zaangażowania i dużo umiejętności. Rzeczywiście, brakuje nam doświadczenia i nie mamy takiego komfortu, jaki mają koledzy na Zachodzie, którzy mogli to doświadczenie zbierać przez dekady. Mam jednak nadzieję, że szybko ten deficyt nadrobimy.

Nie mamy innego wyjścia, bo teraz trzeba sięgać po środki, które są trudniej dostępne.

Tak, zobaczymy, jak nam to wyjdzie. Tym bardziej że nowe źródła finansowania rozwoju lokalnego, o których rozmawiamy, często znajdują się w programach, które dla samorządowców, dla prezydentów miast, są programami nieoczywistymi. Takim przykładem jest program Horyzont 2020, który z zasady ma wspierać badania i rozwój. I gdy prezydent miasta widzi taki program, być może stwierdza, że to nie jest program adresowany do samorządu, tylko do nauki i biznesu. Nic bardziej mylnego, bo na rozwój lokalny duża część budżetu jest zawarta w takich właśnie programach.

Tylko pewnie trzeba się głębiej wczytać w zasady.

Tak, tym bardziej że w Polsce ten konkretny program jest koordynowany w ramach Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czyli resortu, który nie jest oczywistym partnerem z punktu widzenia samorządu.

Tymczasem, mieszkając w dużym mieście, chcielibyśmy, by po zmroku świeciły latarnie, najlepiej zasilane energią ze źródeł odnawialnych, żeby były piękne i zadbane nasadzenia zieleni, żeby sprawnie funkcjonowała komunikacja miejska, a tabor był nowoczesny i ekologiczny. Pytanie, skąd samorządy mają brać na to pieniądze.

No właśnie, skąd?

W Wiedniu rewitalizacja – ulica po ulicy, osiedle po osiedlu – jest obecnie w istotnej części finansowana właśnie ze środków programu Horyzont 2020. Czyli de facto ze środków, które są na badania i rozwój, można finansować także dość prozaiczne rzeczy, jak oświetlenie czy nasadzenia. Podałam Wiedeń jako najlepszy przykład rewitalizacji miasta w trybie krok po kroku. Przy czym Wiedeń nie jest do końca reprezentatywny, bo to fenomen w skali światowej, zajmujący w rankingach jakości życia czołowe miejsca.

Patrząc na mniej idealne układy urbanistyczne, ale też gwałtownie się zmieniające i muszące mierzyć się z poważnymi problemami, pierwszy na myśl przychodzi mi Berlin. Wrocławianie lubią jeździć do Berlina i vice versa, więc warto odnieść się do tej lokalizacji. Miasto uśpione, miasto kultury alternatywnej w latach 60., miasto, w którym pieniądz się nie liczy, z nonszalanckim podejściem do życia. Po transformacji ma bardzo podobne problemy do Wrocławia, chociaż na większą skalę. Coraz bardziej wymagający system komunikacji miejskiej, gwałtownie rosnące ceny mieszkań, zwiększająca się populacja, często nieodprowadzająca podatków w mieście, w którym mieszka, wyzwania ekologiczne, problemy społeczne, zmieniająca się struktura gospodarki itd.

fot. envato.com

I jak Berlin radzi sobie z tymi wyzwaniami?

Jeszcze mocniej decentralizując zarządzanie miastem, jeśli chodzi o strukturę administracyjną. Tymczasem we Wrocławiu decentralizacja, połączona przede wszystkim z reformą rad osiedli, od lat znajduje się w fazie zalążkowej i nie wyszła poza debaty, które trwają już kilkanaście lat. Pamiętam, że osobiście byłam zaangażowana w tę debatę jeszcze w latach 2006

-2007. I nadal, kilkanaście lat później, gdy rozmawiam z Panem na ten temat, widzę, że nie posunęliśmy się nawet o krok w tym zakresie. To pierwsza pilna rzecz, którą powinniśmy zrobić we Wrocławiu teraz, nie tracąc już czasu na dalszą dyskusję.

Rady osiedli powinny mieć więcej kompetencji i dysponować większymi budżetami?

Tak, absolutnie. Potrzebujemy szybkich decyzji w tej kwestii. Bez tego nie rozwiążemy problemu nadrzędnego, czyli skąd pozyskiwać środki zewnętrzne, aby wspierać rozwój i rewitalizację wrocławskich ulic i osiedli.

Tematem, który we Wrocławiu budzi szczególnie duże emocje, większe niż kompetencje rad osiedli, jest komunikacja miejska. Tu też powinniśmy wzorować się na europejskich metropoliach?

To temat – rzeka, któremu moglibyśmy poświęcić oddzielną rozmowę. Dlatego hasłowo tylko posłużę się przykładem Kopenhagi, do którego Wrocław mógłby dążyć: tamtejsi włodarze założyli, że każdy z mieszkańców nie może mieć dalej do najbliższego przystanku komunikacji miejskiej niż 200 metrów. I nie może czekać na środek komunikacji miejskiej dłużej niż 7 minut. Od tego zaczęli układanie aktualnie realizowanej strategii rozwoju i krok po kroku zamierzenie to realizują.

We Wrocławiu wydaje się to nierealne.

To prawda. Na tu i teraz zamierzenie to wydaje się niemożliwe do wykonania. Praca nad systemem komunikacji w Kopenhadze trwa od kilku dekad, jednak jest poprawiana i doskonalona krok po kroku. We Wrocławiu takie opracowania są, jednak nie przekładają się one na rzeczywiste kompleksowe rozwiązania, które mogłyby być doskonalone. Mam takie odczucie, że ciągle coś zaczynamy, budujemy od nowa, przyjmujemy jako nowa koncepcja, jednak nowe pomysły i rozwiązania nie przekładają się w wystarczającym zakresie na realia. Dlatego proponuję skorzystać z doskonałych pomysłów kolegów z Politechniki Wrocławskiej, którzy świetnie na temacie systemów komunikacji się znają i są w stanie dostarczyć kompleksowe rozwiązania wrocławskich problemów. A te dotyczą nie tylko tradycyjnych i standardowych schematów. Tu wrócę znowu jeszcze na chwilę do Wiednia, gdzie na nowo budowanych peryferyjnych osiedlach, pojawiają się samochody elektryczne busy bezobsługowe, a pieniądze na ich zakup pozyskano ze wspomnianego wcześniej programu Horyzont 2020. Takie ambitne rozwiązania powinny być wymogiem stawianym władzom zarządzającym polskimi miastami, w tym władzom Wrocławia.

Skoro jesteśmy przy stolicy Danii, ostatnio ukazała się książka „Być jak Kopenhaga”, gdzie pokazano wpływ rozwoju ruchu rowerowego na jakość życia w mieście i poziom zadowolenia mieszkańców. Wrocław aspiruje z kolei, by być rowerową stolicą Polski. Daleko nam do tej Kopenhagi?

Daleko, ale w ostatnich latach rozwijamy politykę rowerową i nadrabiamy zaległości. Jednak „Być jak Kopenhaga” to nie tylko ilość ścieżek rowerowych i liczba osób korzystających z rowerów. „Być jak Kopenhaga” to raczej stan umysłu i specyficzna kultura lokalna, która stawia na inny niż we Wrocławiu sposób życia. W którym kierowcy, rowerzyści i piechurzy oraz osoby korzystające z transportu publicznego wzajemnie się szanują i czują się bezpiecznie i komfortowo poruszając po mieście. I dla rowerzystów ma to też istotne znaczenie.

Dlaczego?

Ponieważ polityka rowerowa, to nie tylko ilość i jakość ścieżek rowerowych. To również poza coraz lepszą infrastrukturą parkingową, gdzie można bezpiecznie zostawić rower, miejsca, gdzie można się dodatkowo umyć albo przebrać. Zatem ulepszając wrocławską politykę rowerową warto zaplanować wyposażenie obiektów użyteczności publicznej w prysznice oraz w szafki do przechowywania rzeczy.

Nowe biurowce we Wrocławiu, w których mieszczą się m.in. oddziały międzynarodowych korporacji, w standardzie mają już prysznice i miejsca przeznaczone dla rowerzystów.

Świetnie! I oto właśnie chodzi! Także w budynkach użyteczności publicznej. I dodatkowo należy pamiętać, że „Być jak Kopenhaga” to równowaga w możliwościach poruszania się po mieście. Tymczasem we Wrocławiu równowagi na tym etapie jeszcze brakuje. Koncentrowanie się na jednym wybranym sposobie poruszania się po mieście, bez dostrzeżenia innych, nie generuje optymalnych rozwiązań.

Miasto rozbudowuje też sieć parkingów Park&Ride. Takie parkingi powstały chociażby przy pętli w Leśnicy, na Księżu Małym, przy pętli Oporów czy na Ślężnej.

To dobry krok we właściwym kierunku. Kolejnym jednak musi być skrócenie czasu podróży komunikacją miejską. Czy Pan wie, ile jedzie się tramwajem z Leśnicy na Stadion Olimpijski?

 45 minut?

Tyle to często się jedzie w szczycie na plac Jana Pawła II. Na Stadion Olimpijski dojazd zajmuje co najmniej godzinę, o ile nie ma incydentów w centrum. Ostatnio na pokonanie tej trasy potrzebowałam 1 godzinę 40 minut.

Czyli nie planuje pani na stałe przesiadki z auta do MPK?

Już teraz często z niej korzystam. Śmiało mogę potwierdzić, że częściej niż z samochodu. Ten jednak zawsze wybieram, gdy zależy mi na terminowości. Wrocławska komunikacja miejska w dalszym ciągu potrafi być zawodna. Dodatkowo z pewnością nie dociera wszędzie, szczególnie w rejonach peryferyjnych.  I nie dociera szybko.

 A widzi pani zmiany na lepsze? Czy po ubiegłorocznych wyborach samorządowych coś się ruszyło, jeśli chodzi o politykę miejską we Wrocławiu?

Mam z tym kłopot. Nie ukrywam, że miałam dużo większe oczekiwania dotyczące widocznej zmiany w krótkim czasie. Zapowiedzi wyborcze były optymistycznie i odpowiednio obudowane merytorycznie, np. koncepcja otwartych osiedli, która bardzo mi się spodobała. Natomiast minęło już trochę czasu i nie widzę, by prezentowane pomysły się urzeczywistniły. Być może trzeba jeszcze poczekać. Jednak porównując Wrocław z innymi miastami, w których jakość życia znajduje się na dużo wyższym poziomie, do czego władze naszego miasta mają obowiązek dążyć, obawiam się, że nie mamy komfortu na czekanie.

Za dużo PR-u, za mało realnych działań?

Tak. 

foto główne: Max Adulyanukosol on Unsplash